Droga Krzyżowa V 

 

  I – Pan Jezus skazany na śmierć 

 

W tym jednym wyroku zawierają się wszystkie inne niesprawiedliwe i sfałszowane wyroki całej historii ludzkości. I to nie tylko te wielkie, sądowe czy polityczne, ale i te prywatne, moje osobiste; pomówienia, oszczerstwa, kalumnie, plotki, wszystkie moje kłamstwa, niedomówienia i obmowy, którymi ranię i niszczę na co dzień moich braci.

 

W tym jednym spisku zawierają się też wszystkie małe ludzkie spiski, niesłuszne oskarżenia, utyskiwania, donosy, kopane pod innymi dołki. Ja także mam w tym niesprawiedliwym i pokrętnym wyroku Piłata mój własny udział.

 

A ileż to razy dziennie potrafię tak właśnie, z faryzejskim uśmieszkiem fałszywej uczciwości zgnoić drugiego, niewinnego człowieka tylko dlatego, że jest dla mnie niewygodny, że myśli inaczej, że jest inny, że się ze mną nie zgadza ?

 

  II – Pan Jezus bierze krzyż  

 

Krzyż, który bierzesz na swoje ramiona, to także krzyż wszystkich cierpiących, a szczególnie cierpiących dzieci. To krzyż dzieci seksualnie wykorzystywanych, dzieci umierających z głodu, dzieci bitych i maltretowanych, dzieci ulicy, zabijanych i eksterminowanych jak robactwo. To krzyż dzieci zaszczutych i poniewieranych, dzieci okaleczonych i zziębniętych, to krzyż tych wszystkich dzieci niechcianych, niekochanych i wyskrobanych ...

 

One wszystkie niosą razem z Tobą krzyż cierpienia, przerażenia, niezrozumienia, braku miłości. One wszystkie razem z Tobą nie rozumieją i krzyczą: DLACZEGO ??!!

 

Ile dzieci w moim środowisku znajduje się w -takiej właśnie- pożałowania godnej sytuacji ? I co ja dla nich zrobiłem ?

 

  III – Pierwszy upadek 

 

Każdy mój grzech Panie, to Twój, upadek, jeszcze jeden więcej. Każda moja obojętność to Twoje rany, i Twój ciężar, który Ciebie przygniata. Ty upadasz także i dzisiaj w tych wszystkich poniewieranych, odrzuconych, zlekceważonych, poniżonych, wyśmianych, wyszydzonych. To Ty upadasz dzisiaj w tych wszystkich bezrobotnych, szukających beznadziejnie pracy, chleba, bezpieczeństwa, domu, schronienia, lekarstw, miłości, zrozumienia, szukających bezradnie człowieka.

 

I to ja za każdym razem, kiedy poniżam mojego brata, to Ciebie kopię, pluję na Ciebie, szydzę z Ciebie, kpię sobie i naigrawam się z Ciebie obecnego w maluczkich, którym okazuję pogardę i obojętność, od których się odwracam ze zgorszeniem i z niesmakiem. To w nich poniżam Ciebie ...

 

  IV – Spotkanie z Matką 

 

Ty Matko Bolesna znasz ból wszystkich matek, które widziały cierpienia i śmierć swoich dzieci. Ty znasz ból niewymowny, który towarzyszy każdej matce, patrzącej na cierpienie swego dziecka, głodnego, bitego, prześladowanego, odrzuconego, sponiewieranego ...

 

Ty Matko cierpisz w tych wszystkich matkach, które nie mogą nakarmić swoich dzieci, które wraz z dziećmi zostały wyrzucone na poniewierkę z krajów objętych wojną, które chronią siebie i swoje dzieci przed prześladowaniami, nędzą i głodem, bo człowiek współczesny żądny władzy nie zwraca uwagi, ani na cierpiące matki, ani na ich poniewierane dzieci.

 

I Ty cierpisz także w tych matkach wykorzystywanych i porzuconych, zmuszanych do dzieciobójstwa, do morderstwa nienarodzonych ... Ty Matko Bolesna je rozumiesz i Ty je przygarnij, stań się ich Orędowniczką, Obrończynią, wsparciem i Wspomożycielką. Wszechmocy Błagająca, módl się za wszystkie zrozpaczone matki.

 

  V – Pomoc Szymona Cyrenejczyka 

 

Jak Szymon z Cyreny nie widzę uginających się pod krzyżem codziennych problemów i kłopotów. Jak Szymona z Cyreny trzeba mnie przymusić do pomocy. Zły jestem i zżymam się, bo to przeszkadza mi w moim małym, spokojnym życiu. Jak Szymon z Cyreny nie rozumiem ... jak też niektórzy muszą się stale pakować w kłopoty i jeszcze trzeba im ustawicznie pomagać, a ja nie mam czasu, a ja chcę żyć spokojnie !!!

 

Rozejrzyj się dookoła, a na pewno zobaczysz Jezusa dźwigającego samotnie krzyż codziennych problemów, głodu, niedożywienia, samotności, opuszczenia, bezrobocia, lęku przed niepewnym jutrem, choroby i niepewności. Rozejrzyj się dookoła i nie czekaj, aby cię zmuszono do pomocy. Wyjdź naprzeciw, bo Jezus w bliźnich stale czeka na twoją właśnie pomoc

 

  VI – Spotkanie ze św. Weroniką 

 

Współczesne Weroniki, to ludzie, którzy bez rozgłosu i wielkiej reklamy, po cichu i z poświęceniem pomagają innym. Oni nie boją się trudności, nieprzyjemności, oni nie szukają rozgłosu i nie dysponują wielkimi funduszami. Oni nie robią wielkich i chwalebnych statystyk, sprawozdań, nie ogłaszają akcji, nie szukają chwały i nagród. Oni po prostu widzą cierpienie i ból drugiego człowieka i dają swój czas, swoje siły, swoje skromne środki, swoje życie i siebie samych - innym.

 

Współczesne Weroniki to źle opłacane i przepracowane pielęgniarki, które nie biorą łapówek, to dobrzy sąsiedzi, którzy dostrzegą i zaradzą brakom, to zapracowane matki, które mają czas dla dzieci sąsiada, to pracownicy społeczni zbierający zaniedbane dzieci po ulicach naszych miast. Współczesne bezimienne Weroniki, to cisi, normalni ludzie, którzy bez wielkich słów i bez rozgłosu po prostu pomagają, nie czekając nawet na słowa wdzięczności czy uznania. Dadaj im sił Panie ...

 

  VII – Drugi upadek 

 

W Twoich upadkach skumulowały się bolesne upadki tych wszystkich, którzy przytłoczeni ciężarem życia nie mogli, nie mieli sił aby iść dalej. Splot nieszczęśliwych wypadków, los niełaskawy i ślepota innych doprowadziły ich do stanu załamania, do beznadziei, do poddania się. Nie mają już sił aby dalej żyć, poddali się, opuścili ręce, upadli. Życie jest dla nich za ciężkie, brak perspektyw, brak sensu, brak jakichkolwiek jaśniejszych punktów. A obok przechodzą inni, obojętni, zapatrzeni w siebie, ślepi, zadufani, nieczuli, nie mający czasu ... „bliźni”. Jak ten człowiek (z Twojej przypowieści), którego napadli zbójcy, który leżał przy drodze mijany przez kapłanów i uczonych w Piśmie, nieczułych na jego los.

 

W Twoim upadku widzę upadki tych wszystkich załamanych, zniszczonych, poranionych przez życie i ludzką obojętność, mijanych przez tych, którym się powiodło. W Twoim upadku widzę kobiety lekkich obyczajów, wykorzystywane przez mężczyzn, przez sutenerów, przez dobrych i porządnych obywateli. W Twoim upadku widzę tych wszystkich odrzuconych przez zamożne społeczeństwa, przez dobrze się mających, W Twoim upadku widzę tych zapomnianych i wyśmianych, tych nieudaczników życiowych, fajtłapów i niedorajdów, którzy nie umieli się urządzić, bo byli za uczciwi, za naiwni, za prości.

 

Leżysz na ulicach Jerozolimy, Buenos Aires, na dworcach Warszawy i Krakowa, w slumsach Nairobi i Delhi, na dróżkach i bezdrożach tylu miast i wsi. Zbity, zakrwawiony, oszpecony, przytłoczony ciężarem krzyża – życia, które się nie udało. Panie, podnieś się i dodaj siły tym wszystkim którzy upadli, aby i oni mogli się podnieść.

 

  VIII – Spotkanie z płaczącymi niewiastami 

 

One nie płakały na pokaz, one płakały i współczuły szczerze. A przecież nie zdawały sobie sprawy z tego, że to ich grzechy i grzechy ich dzieci stały się przyczyną Jego męki. Na nic płacz i najszersze nawet łzy jeśli za nimi nie idzie prawdziwa skrucha i dogłębne nawrócenie. Na nic moja droga krzyżowa i moje modlitwy, moje pobożności i wzruszanie się do łez, jeśli w życiu codziennym jestem egoistą, sobkiem, małym złośliwcem, krytykantem, hochsztaplerem, jeśli szukam tylko swego, jeśli stale podkreślam tylko wartość swojej osoby. Na nic najszczersze nawet łzy i wzruszenia jeśli nie umiem wielkodusznie wybaczać, jeśli stale wytykam innym ich drobne potknięcia i jednocześnie nie widzę moich błędów, moich wad i moich grzechów.

 

Po co płakać i rozczulać się nad głodnymi i bezdomnymi, chorymi i opuszczonymi, biednymi i samotnymi jeśli nawet placem nie kiwnę aby im pomóc ? Po co robić pobożna minkę i udawać wzruszonego jeśli jednocześnie jestem głuchy, ślepy i nieczuły na potrzeby moich braci ? Płaczące niewiasty to obraz tych wszystkich, którzy być może szczerze, ale jednocześnie tylko zewnętrznie i sentymentalnie reagują na biedę, na cierpienie, na niesprawiedliwość, bez zaangażowania się, bez podjęcia konkretnych kroków mających na celu zmniejszenie zła i biedy w świece, to obraz tylko sentymentalnych, skupionych w końcu jedynie na sobie pozornych „dobrych dusz”. Jezu – wstrząśnij mną, abym dostrzegł, że i ja mam coś więcej do zrobienia niż tylko „serdecznie się wzruszyć”.

 

  IX – Trzeci upadek 

 

Nałogowi alkoholicy, którzy topią bezsens swego nieudanego życia w kolejnej butelce, prostytutki, które odkryły, że ich ciało może być źródłem niezłych zysków, narkomani, którzy w jeszcze jednej dawce „zaświatów” poszukują tego, czego nie może im dać ten świat ... oni wszyscy tak nisko upadli, tak nisko się stoczyli ... ale Ty przecież nie do zdrowych przyszedłeś i nie do tych, którzy się dobrze mają ... Ty dla chorych i pogardzanych, dla wyrzutków społecznych i dla odrzuconych upadłeś po raz trzeci. Ty się z nimi w ten sposób solidaryzujesz. To w nich upadasz coraz bardziej i coraz boleśniej, aby ich ratować, aby im powiedzieć, że ich kochasz. To dla nich podjąłeś tę drogę krzyżową i do końca poniesiesz Twój krzyż, aby im pokazać, ze można powstać nawet z najgorszego upadku i podnieść się z najgorszego upodlenia.

 

Wszyscy inni skazali ich już na zapomnienie, ale nie Ty ! Wszyscy inni postawili już na nich krzyżyk, ale nie Ty ! Wszyscy inni już nimi tylko pogardzają, tak jak Tobą, ale nie Ty ! Nie zapominaj o nich, o tych w najgorszych upadkach, o tych na samym dnie, nie zapominaj o nich ! Królu Wszechświata, opluty przez sprawiedliwych, wzgardzony i wyszydzony przez tych wszystkich, którzy się dobrze mają.

 

  X – Obnażenie 

 

Zabrano Ci wszystko, nawet koszulę, którą zrobiła Ci Matka. Odarto z godności, z człowieczeństwa, ze wstydu. A iluż to dzisiaj znajduje się w podobnej sytuacji, tylko dlatego że nie chcieli iść na układy i na kompromisy. Zniszczono ich, zgnojono, odarto ze wszystkiego, obnażono, wystawiono na pośmiewisko i hańbę. Dlatego, że byli uczciwi i mieli odwagę sprzeciwić się –jak Ty- wielkim tego świata, zostali zniszczeni i wystawieni na kpiny.

 

W tych wszystkich wyśmianych i wyszydzonych –także przeze mnie- widzę Ciebie. W tych wszystkich zniszczonych ludzkimi, jadowitymi językami widzę Ciebie. W tych wszystkich zaszczutych, wydrwionych, bezbronnych, nieporadnych i odartych ze wszelkiej czci i godności widzę Ciebie. W tych wszystkich, których ja sam obnażyłem i wykpiłem, wyśmiałem, wyszydziłem ... widzę Ciebie ... obnażonego.

 

  XI – Przybicie do krzyża 

 

„To nie gwoździe Cię przybiły lecz mój grzech” ... Nikogo nie zabiłem, nie zgwałciłem, nie torturowałem ... a jednak ... To moje obmowy, oszczerstwa, moje szydercze uśmieszki i pobożne zgorszenie, moja obojętność i zarozumiałość, moja pycha i mój egoizm ... to nie gwoździe Cię przybiły lecz mój grzech. Nigdy nie byłem gwałtowny, zawsze grzeczny i ułożony, zawsze pobożny i rozważny, zawsze lepszy od innych i nie mający sobie nic do zarzucenia ... to nie gwoździe Cię trzymały lecz mój grzech.

 

Nie gwoźdźmi Cię przybijałem, ale szpileczkami, aby było boleśniej, aby było mniej widoczne, z faryzejskim uśmieszkiem na ustach, z ugrzecznioną minką, z wyrazem głębokiej pobożności i zatroskania. Mój stosunek do innych, moja krytyka, moje ustawiczne niezadowolenie, moje utyskiwanie i narzekanie, moja chciwość i skąpstwo, mój egoizm i moje zapatrzenie w siebie, moja bezczelność i głębokie przekonanie o moich racjach, to są gwoździe, którymi codziennie Cię krzyżuję. Inni nie mogą już mnie znieść, a ja się dziwię że mnie unikają. Inni nie mogą już na mnie patrzeć i mnie słuchać, a ja mam żal i pretensje że się ode mnie odsuwają. A ja ich przecież nawet nie widzę, nie zauważam, jak tylko wtedy i tylko po to, aby im dokuczyć, aby ich skrytykować, aby im dopiec, uszczypnąć, dogryźć.

 

I do tego wszystkiego ta moja pobożna minka i przekonanie, że jestem lepszy, że nie mam sobie nic do zarzucenia, że grzechów nie popełniam, że nie mam się z czego nawracać. A przecież, to na pewno nie gwoździe Cię przybiły ... lecz moje grzechy !

 

  XII – Śmierć na krzyżu 

 

Wszyscy umierający w samotności i w opuszczeniu, w szpitalnych pokojach i w lepiankach z gliny w afrykańskim buszu, na ulicach i w rynsztokach, w slumsach i w pałacach, wszyscy duszący się ostatnim spazmem bólu i beznadziejnego cierpienia, wszyscy poddani „dobrowolnej i chcianej” eutanazji, wszyscy krzyczący i szepczący razem z Tobą : „Boże mój, Boże mój czemuś mnie opuścił !?” ... Oni wszyscy są z Tobą zawieszeni na krzyżu, między niebem a ziemią, między życiem i śmiercią, między nadzieją i bezsensem. Oni wszyscy razem z Tobą krzyczą : „Śmierć jest absurdem !!”

 

A Ty po to umarłeś, aby to, co absurdalne stało się bramą życia. A Ty po to umarłeś, aby oni wszyscy nie umierali bez nadziei, aby ich śmierć nie była absurdalna, aby nie była bezsensownym zakończeniem bezsensownego życia.

 

Twój krzyk rozpaczy: „Eloi, Eloi, lema sabachthani” nie jest Twoim ostatnim słowem. Powiedz i tym wszystkim, którzy umierają w lęku i w przerażeniu ... powiedz im wszystkim: "Wykonało się” i dodaj: „Jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Niech ich śmierć nie będzie absurdalna ...

 

  XIII – Zdjęcie z krzyża 

 

Jeszcze tylko trzeba się upewnić, że nie żyje, że naprawdę umarł, że już nikomu nie zagrozi. Dla pewności przebić serce, aby już nie było żadnej wątpliwości. Zdjąć ciało z krzyża, żeby nie przeszkadzało, żeby nie bezcześciło szabatu, żeby nie raniło niczyich uczuć religijnych. I po wszystkim ... Rzeczywiście wykonało się i można dalej żyć spokojnie i dalej prowadzić nieczyste i nieuczciwe interesy, dalej krzywdzić, dalej kłamać, dalej grzeszyć bezkarnie, dalej drwić sobie z prawdy, z uczciwości, ze wszystkiego  ... On już nikomu nie zaszkodzi i nikomu nie będzie bruździł.

 

Pozbyłem się wyrzutów sumienia, pozbyłem się tego co mi przeszkadzało, tego co było niewygodne. W tym stanie nie jest On już niebezpieczny, jest całkowicie nieszkodliwy. Jeszcze tylko dla większej pewności grób przywalić dużym kamieniem i można wrócić do normalnego życia. Jeden problem mniej, jeden problem z głowy. Ileż to razy zdarzyło mi się tak myśleć  ? Ileż to razy tak właśnie rozprawiałem się ze swoimi wyrzutami sumienia ?

 

  XIV – Złożenie do grobu 

 

Gdzież jest o śmierci twój oścień, gdzież jest o śmierci twoje zwycięstwo ?

 

Ościeniem śmierci i jej zwycięstwem nie jest Chrystusowy grób, bo ten został pokonany wraz ze śmiercią przez Chrystusowe Zmartwychwstanie. Ościeniem śmierci i jej zwycięstwem jest twój (mój) grzech). On nadal triumfuje, mimo zwycięstwa Chrystusa. Ościeniem śmierci i jej zwycięstwem jest moja pycha i zatwardziałość w grzechu.

 

To jest mój grób i mój koniec, to jest kamień, który zawalił mi drogę do zmartwychwstania.

 

Pozdrawiam