Malaria

Czasami dla ludzi, którzy nigdy nie mieli okazji być w tropikach, to taka bardzo egzotyczna choroba. Sam pamiętam, kiedy byłem jeszcze w seminarium i odwiedzający nas misjonarze mówili o ataku malarii, patrzyłem na nich z podziwem, ale i trochu za zazdrością, że chorują na takie egzotyczne choroby, a nie na jakąś tam głupią grypę czy zwykłe przeziębienie. Wielu jednak z tych, których znam, boi się malarii, chociaż nigdy nie mieli okazji się nią zarazić i raczej nawet są skłonni ją demonizować. A co to jest właściwie malaria? Otóż jest to nic innego, tylko nasza stara polska zimnica, której ostatnie przypadki zanotowano w Polsce jeszcze w 1956 roku. Roznoszona jest ta choroba przez komary, a właściwie wylęga się ona i później jest przenoszona przez samiczki komarów. Jedni mówią, że co siódma samiczka jest malaryczna, inni, że tylko co setna. Faktem jest, że do rozszerzania się, malaria potrzebuje ciepłego i wilgotnego klimatu. Rozprzestrzenia się więc głównie w krajach tropikalnych, a do takich należą wszystkie chyba kraje Afryki. Do siedmiu dni po ugryzieniu malaria może rozwinąć się w organizmie człowieka i wtedy przychodzi stopniowo tzw. atak. Nie jestem lekarzem i nie myślę dawać tu medycznego opisu i symptomów tej choroby. W ciągu mojego jednak pobytu w Afryce miałem jednak kilkadzieści ataków malarii i wiem czym ona jest, jak się objawia (przynajmniej w moim organizmie) i jak sobie z nią radzić.

Pierwszy atak (przed kilku laty) miałem dosyć lekki. Ogólne zmęczenie, bóle mięśni i nudności. Poradzono mi wtedy wziąć antymalaryczną dawkę chloroquiny. Było tego sporo, bo ilość tego lekarstwa oblicza się według wagi ciała, a że nie należę do tych najszczuplejszych, więc i chloroquiny było 2.100 mg rozłożonych na pięć dni. Malaria przeszła, ale w czasie kuracji (tabletki zażywałem 3 razy dziennie) swędziała mnie bardzo skóra. Później dowiedziałem się, że jednym efektów ubocznych zażywania środków antymalarycznych jest właśnie -w przypadku chloroquiny- swędzenie skóry, a np. w przypadku chininy czasowa głuchota. Taka czasowa głuchota, przy dłuższym zażywaniu chininy może przejść w trwałe przytępienie słuchu, czego przypadki znam osobiście. Jeśli ktoś przyjeżdżający z tropików wydziera się mówiąc do ciebie, to znaczy, że sam jest już głuchy od chininy i myśli, że inni też niedosłyszą.

A więc pierwsze kilka ataków malarii nie było dla mnie raczej zbyt drastycznym przeżyciem. Jakoś jednak po roku pobytu w Afryce dostała mnie ona na dobre. Zaczęło się, jak zwykle od ogólnego osłabienia i bólu wszystkich mięśni i kości. Niektórzy się śmieją, że malaryczny ból jest bardzo precyzyjnie zlokalizowany … w całym ciele … Boli dokładnie wszystko. Następny etap to nudności i wymioty. Kiedy te się pojawiają jest to już ostateczny sygnał, że trzeba zacząć natychmiast kurację. Ja sam byłem wtedy w Kolwezi na parafii w dzielnicy Manika. Nad ranem zaczęły się wymioty i natychmiast też dołączyła się febra, czy może gorączka. Jest to bardzo nieprzyjemne uczucie, kiedy trzęsie człowiekiem jak osikowym liściem. Nie pomagają żadne dodatkowe okrycia, koce. czy kołdry. Trzęsie się z pacjentem nawet łóżko. Oczywiście, że zaraz zacząłem antymalaryczną kurację, ale nawet po trzech dniach, kiedy normalnie chloroquina powinna już zadziałać nic się na lepsze nie zmieniło, a wprost przeciwnie pojawiły się kolejne objawy, czyli rozwolnienie i bóle żołądka.

Odwadniany na dwie strony - przez wymioty i rozwolnienie - organizm jest coraz słabszy, a malaria właśnie wtedy atakuje ze zdwojoną siłą. Widząc, że mój stan się nie poprawia, wymioty nie ustają, gorączka także, po trzech dniach poprosiłem o kroplówkę ze środkiem antymalarycznym. Dwie pół-litrowe glukozy powinny poprawić stan organizmu, a wstrzyknięte, kolejne 2.100 mg chloroquiny powinno sobie jednak z malarią poradzić. Niestety i to nie pomogło. Po jakimś więc tygodniu ustawicznych wymiotów i febry, współbracia dowiedzieli się, że są akurat w Kolwezi francuscy lekarze z organizacji "Médecins sans frontieres". Zawołano więc młodego lekarza, a ten przeciwko wymiotom zaaplikował mi najzwyczajniejszą Coca-colę pitą małymi łyczkami i … pomogło.

Na samą zaś malarię końską dawkę chininy (żółtego proszku oczywiście w tabletkach). W pierwszy dzień zażyłem 2.700 mg, a przez pięć kolejnych dni po 600 mg dziennie. Pod koniec kuracji zauważyłem, że malaria rzeczywiście się poddała, ale ja oglądając się w lustrze zobaczyłem chińczyka. Całe ciało było żółte, białka oczu żółte, pod paznokciami żółte, język zaschnięty i żółty … czyli po prostu żółtaczka. Nie miałem już gorączki, nie bolały mnie kości, nie trzęsło mną jak osikowym liściem, ale na nogach nie mogłem ustać o własnych siłach. Kolwezi nie ma praktycznie szpitala, gdyż po wyjeździe belgijskich kolonizatorów i zairianizacji kraju w latach siedemdziesiątych szpitale (tak samo zresztą jak szkoły i wiele innych instytucji) w szybkim tempie zostały doprowadzone do ruiny.

Proboszcz postanowił więc zawieźć mnie do Lubumbashi (320 km bardzo złą drogą), do klinki prowadzonej przez księży Salezjanów. Drogę pamiętam raczej przez mgłę. Jechaliśmy te 320 km. ponad dziesięć godzin. Wiem tylko, że do Lubumbashi dotarłem ledwie żywy. Ale, że byliśmy na miejscu pod wieczór, więc lekarzy a szczególnie laborantów w szpitalu już nie było i trzeba było z badaniami poczekać do następnego dnia. Nazajutrz zrobiono odpowiednie testy na barbiturany we krwi i potwierdziło się moje przypuszczenie o żółtaczce. Z tego co mówił lekarz pamiętam tylko jedno łacińskie, bardzo uczone określenie: hepatitis. Tydzień czasu spędziłem w szpitalu, pompowany kroplówkami z witaminą B. A po tygodniu wróciłem do zdrowia. Wątrobę mam jednak zniszczoną i zjedzenie np. kawałka sernika, czy jakiegoś tłustszego kawałka mięsa jest dla mnie równoznaczne z kilkudniowymi kłopotami wątrobowymi.

Po przeprowadzce do Tanzanii, kłopoty z malarią się nie skończyły. Przez pierwsze pół roku miałem praktycznie atak co cztery - pięć tygodni. Coraz słabsze były efekty leczenia chloriquiną. W końcu jednak po wizycie u lekarza, zmieniłem środek na Metakelfin. Ten z kolei środek zażywa się dwa razy po trzy tabletki w oodstępie tygodniowym. Ponadto lekarz powiedział, że po kilku latach w tropikach trzeba pozwolić organizmowi samemu zwalczać malarię i w wypadku ataku, zaraz na samym jego początku, po prostu dużo odpoczywać i pić dużo wody. Oczywiście zawodowi lekarze mogą się śmiać, ale z praktyki wiem, że takie środki spowodowały, że praktycznie od półtora roku nie miałem poważniejszego ataku malarii.

Po co się jednak rozpisuję tak szczegółowo na temat tej bardzo egzotycznej choroby? W moim wypadku miałem możliwość leczenia się; chloroquina, chinina, kroplówka z chloroquiną, Metakelfin. Ale to jednak wszystko kosztuje. Dla nas nie są to duże sumy. Kilka tabletek chloroquiny czy chininy dwa do pięciu dolarów, Metakelfin - około ośmiu, kroplówka około dziesięciu. Dla tutejszych jednak ludzi są to sumy znaczne. Skoro np. robotnik w kopalni miedzi w Kolwezi zarabia miesięcznie 15-20 dolarów … to dla niego kupienie nawet kilku tabletek antymalarycznych jest raczej niemożliwe. Ciekawym jest też i to, że na malarię umiera rocznie dziesięciokrotnie więcej ludzi niż na AIDS, a jednocześnie na badania nad AIDS'em przeznacza się trzykrotnie więcej pieniędzy niż na badania nad malarią. Tylko, że malaria jest chorobą biedaków i to biedacy na nią umierają, natomiast AIDS jest raczej chorobą ludzi bogatych i zamożnych … A malaria nie jest przecież chorobą nieuleczalną. Nie jest chorobą na którą się normalnie umiera.

Taka to jest sprawiedliwość, widziana oczyma biedaka umierającego na malarię, bo nie stać go na kilka tabletek chininy … A malarii nie należy się obawiać. Jest ona trochu tak jak u nas grypa, którą ma się raz lub dwa razy do roku, albo się jej nie ma. Zależy od szczepu, od odporności organizmu, a przede wszystkim od tego czy unika się komarów. Konieczne jest spanie pod moskitierą. Siatki w oknach, to też dobry sposób na komary. Nie należy siedzieć na zewnątrz, szczególnie wieczorem i w pobliżu jakiejś wody. A po jakimś czasie organizm chyba rzeczywiście jakoś się uodparnia i wytwarza naturalne przeciwciała. Oczywiście, że dobre odżywianie, odpoczynek (koniecznie przynajmniej pół godziny sjesty codziennie), i unikanie stresów też powoduje, że malaria nie rozwija się w organizmie tak drastycznie.

I znowu te rady; dobre odżywianie, moskitiera, siatki w oknach … dla nas normalne i osiągalne, dla większości ludzi tutaj (w Tanzanii, czy w Kongo - Zair) to raczej tylko pobożne życzenia. Nie wiem, ale znowu kusi mnie żeby przy tej okazji napisać coś czego normalnie nie powinienem, bo i po co. Ale taką już mam naturę, że czasami kojarzę rzeczy i fakty dosyć odległe. A chodzi np. o informację jaką wyczytałem kilka miesięcy temu w jednej z lokalnych, tanzanijskich gazet. Międzynarodowa organizacja zdrowia (pełnej nazwy już nie pamiętam) uszczęśliwiła 20-to milionową Tanzanię 10-ma milionami kondomów GRATIS …

Ks. Kazimierz Kubat SDS - Morogoro, 06/08/98