Krytykować, czy nie krytykować?  

List otwarty do moich braci, chrześcijan, którzy czasami uważają się za nieomylnych, a czasami są tak delikatni i tolerancyjni, że każdą próbę krytyki uważają za personalny atak. Z Ewangelii zaś woleliby powykreślać wszystkie miejsca, w których (ich zdaniem) Chrystus w niedelikatny sposób zwraca uwagę faryzeuszom, potępia grzech, wytyka błąd. W swej delikatności i fałszywej tolerancyjności są gotowi nawet wykreślić niektóre słowa ze słowników, zastąpić pojęcie grzechu pojęciem pomyłki lub genetyczno-socjalnych uwarunkowań, a poczucie winy nazwać nerwotycznym kompleksem.

Papież w swojej książce „Przekroczyć próg nadziei” pisze: Pokazać komuś rzeczywistość grzechu, jego błąd, nie jest wcale równoznaczne z potępieniem go. Pokazanie komuś jego grzechu sprowadza się raczej wprost przeciwnie, do stworzenia warunków nawrócenia. Pierwszym bowiem warunkiem nawrócenia jest dla człowieka uświadomienie sobie własnej słabości i grzeszności (...) a następnie uznanie tego przed Bogiem, który ze swej strony nie oczekuje niczego więcej jak właśnie tego rozpoznania ludzkiej grzeszności, aby człowieka zbawić. A człowiek ze swej strony nie uczy się inaczej, jak właśnie przez takie rozpoznanie i przyznanie się do swoich błędów”.

Mój bracie, pozwól mi powiedzieć Ci czasem, że jesteś chory, mimo że moje słowa być może nie będą delikatne, albo nawet czasem stworzą sytuację napięcia. Ja nie chcę Cię obrażać, ani wynosić się nad Ciebie, ale nie chcę też, abyś umarł. A ponadto będę Ci również wdzięczny, jeśli i Ty zwrócisz mi uwagę, że jestem chory. Bo czasami rzeczywiście jestem, chociaż tego nie widzę lub nawet widzieć nie chcę. Zwróć mi więc uwagę, ale bądź też zdolny przyjąć to, co ja mam Ci czasami do powiedzenia. Bo jak mówi starożytne, łacińskie przysłowie: „Qui tacet consentire videtur” (Kto milczy widocznie się zgadza).

Mój bracie, pozwól mi powiedzieć Ci czasem kilka słów prawdy. Może niedelikatnej i trudnej do przyjęcia. Pozwól mi powiedzieć Ci kilka słów prawdy, bo nie chciałbym, żeby mi ktoś znowu w życiu kiedyś powiedział, że moja delikatność i grzeczność są przyczyną jego przegranej. Ale także powiedz i Ty mnie, że źle robię, kiedy popełniam błąd i kiedy pakuję się w kabałę. Reaguj i nie daj się zniechęcić. Proszę Cię. W przeciwnym wypadku Ty też będziesz wspólnikiem moich grzechów, mojej przegranej i mojego błędu. Bo jak mówi przysłowie: „Qui tacet consentire videtur”.

„Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię posłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik” (Mt 18,15-17). Tak mówi Chrystus w Ewangelii, a ja? Czy mam odwagę zwrócić uwagę? Czy mam odwagę podejść i powiedzieć, że to czy tamto mi się nie podoba? Czy też dla świętego spokoju „zamykam oczy”, udaję, że nie widzę, że nie ma sprawy, że nic się nie stało?

Ale też, jeśli ktoś zwraca mi uwagę, czy umiem to przyjąć z pokorą, ze zrozumieniem, a nawet wdzięcznością, czy też raczej buntuję się i oburzam „odbijając piłeczkę”? Czy stać mnie na uczciwość wobec innych, ale i wobec samego siebie? Czy też wszystkie takie sytuacje lekceważę, nie chcąc „psuć nastroju”, nie chcąc powodować napięcia?

Jeśli znowu Cię obraziłem mój bracie, to jeszcze raz przepraszam, ale wiedz, że nie to było moim zamiarem i celem. Wiedz też i to co św. Jakub pisze w swoim liście nie bez powodu i nie bez racji: „Bracia moi, jeśliby ktokolwiek  z was zszedł z drogi prawdy, a drugi go nawrócił, niech wie, że kto nawrócił grzesznika z jego błędnej drogi, wybawi duszę jego od śmierci i zakryje liczne grzechy” (Jk 5,19-20) ale także i to: „Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki i upominania nie będą mogli ścierpieć, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli” (2Tm 4,3).

A św. Paweł w 2 Liście do Tymoteusza pisze: „Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa (...) głoś naukę, nastawaj w porę i nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu, za całą cierpliwością, ilekroć nauczasz”.

A ja? Czy nie zamilkłem koniunkturalnie? Czy nie „osłodziłem” swojej mowy, aby się nie narażać? Czy nie zrezygnowałem z „nastawania i nauczania” tylko dlatego, że mogę się komuś narazić, lub dlatego, że moje słowa mogą się komuś nie podobać?

Dlatego być może jestem nie lubiany przez wielu ludzi, bo nie „szczędzę uszu słuchacza” i stać mnie na  narażanie się nawet tym, którzy są u władzy. Nie pretenduję do posiadania monopolu na prawdę i nieomylności, ale w dyskusji brzydzę się zarówno argumentami „ad hominem” jak i „dyplomatycznym” unikaniem tematów trudnych i niepopularnych. Nie twierdzę, że sam jestem bez grzechu i doskonały, ale też czekam na rzetelną i uczciwą krytykę i uwagi, bo jestem słaby i często nie widzę swoich błędów. I stale sobie powtarzam: „Qui tacet consentire videtur” (Kto milczy widocznie się zgadza).

Z Morogoro w Tanzanii pozdrawia Ks. Kazimierz SDS