Człowiek bez znaku jakości ...

F.Nietzsche - znany ze swej wrogości do nauki Chrystusa - napisał, że „chrześcijaństwo jest wstrętem życia do życia” .

Ta niedorzeczna opinia wydaje się być naczelną dewizą współczesnych „miłośników życia „ - przenikniętych naturalizmem wolnomyślicieli, którzy lansują coraz to bardziej wyuzdane koncepcje użycia, przeobrażania istnienia w bezmyślną wszechmieszaninę zmysłowych doznań, prowadzących na szczyt duchowego bankructwa. I te chore schematy degradacji człowieczeństwa upowszechniają się, rozrastają w zastraszającym tempie. Co prawda „filozofia” przeistaczania osoby w konsumenta coraz wyraźniej i coraz bardziej jednoznacznie się kompromituje, ale pandemia posiadania i spożywania długo jeszcze nie zostanie powstrzymana, jeśli człowiek nie skieruje swej gorliwości poznawczej, emocjonalnej i duchowej na nowy szlak.

Ks. J. Tischner powiadał, że zamknięcie wolności w opłotkach skończoności powoduje, że kusi ją nicość i grzech.”

Dopóki więc człowiek nie wyzwoli się z okowów ponętnej, ale wyobrażeniowej wizji świata, nie dozna olśnienia, iż „żyjąc w skończoności kieruje się całym swoim życiem ku biegunom nieskończoności (E. Husserl), dopóty pozwoli się zalewać strumieniem, rwącym nurtem naiwnych i niedowarzonych propozycji uszczęśliwiania.

Rozwydrzony świat pracuje nad tym, żeby już nic nie alarmowało gnuśnej myśli, żeby nie niepokoiła jej żadna transcendencja. Efekty widoczne są gołym okiem. Zanika w człowieku treść moralna, której chciałby strzec, popadają w ruinę wewnętrzne struktury podtrzymujące sens istnienia. Można zaobserwować eksplozję trosk doczesnych, dziki rajd do źródeł doczesnej sytości.

To naturalne, że człowiek odczuwa niepełność bytową, dąży do pomnożenia swojego sposobu istnienia. „Bytowa niepełność” i ograniczenie powoduje głód dobra upragnionego i nie posiadanego, a równocześnie uznanego jako dobro w jakiś sposób człowiekowi należne” (A. Krąpiec, Człowiek i prawo naturalne ). Niestety, jeśli zerwane są autentyczne związki z Bogiem, podejmowane przez człowieka wysiłki będą syzyfową pracą, będą mało owocnymi, mizernymi próbami dopełniania owej bytowej niepełności bytowymi zastępnikami.

W człowieku drzemie potrzeba kontaktu z czymś lepszym od siebie. Jego współczesny dramat polega między innymi na tym, że łudzi się, iż kontakt z materialnym luksusem nobilituje go, że to właśnie materialny luksus nadaje ludzkiej egzystencji większą godność, że oto ekonomiczne „mieć” decyduje o mim egzystencjalnym  „być”. Owszem, takie były chyba założenia pragmatyzmu. Dla osiągania doskonałości ontycznej zaczęto przyśpieszać rozwój nauki i wszelkich innych zajęć, które dostarczają dóbr mogących „dopełnić” i udoskonalić człowieka. Dziś jednak obserwuje się przeakcentowanie tego zamysłu. Doskonałość rozlewa się na dobra materialne, ale wysycha w człowieku.

Wielu ludzi deklarowało się, że przestanie pędzić sytą autostradą powierzchowności, jeśli tylko stworzy sobie „godziwe” warunki egzystencji. Przyglądając się indywidualnym historiom człowieczym, można ze smutkiem stwierdzić, że niewielu, albo zgoła nikt nie dotrzymał słowa.  W luksusowych rezydencjach mogą „wegetować” ludzie bez znaku jakości, duchowi paralitycy, zarażeni zapiekłą niechęcią do jakiejkolwiek pracy nad sobą. Zanika już nie tylko chrześcijański etos, ale i antyczny ideał harmonijnego łączenia w człowieku piękna i dobra, zalet duszy i ciała. Rezygnuje się z wszechstronnego doskonalenia się. Cała energia życiowa podporządkowana bywa wysiłkom upiększania ciała, dogadzania mu. Zarzucone zostało, odeszło w zapomnienie najbardziej człowiecze pragnienie wewnętrznego rozkwitu. Człowiek śmiało przekracza wszystkie znaki ostrzegawcze ustawiane przez sumienie i wydaje się na pastwę kapryśnej wyobraźni, którą steruje - pozbawiony jakichkolwiek skrupułów - duch tego świata.

„Ten, kto nie wgłębia się w siebie, nie troszczy się o siebie, nie szuka etycznego przetworzenia, staje się nieludzki, jak przedmiot zdany na los i siły nim miotające „ (B. Skarga ). Człowiek zewnętrzny hojnie eksponuje swoje niedyspozycje wewnętrzne, swoje grzechy, swoje nałogi i ułomności. A jego występne życie staje się przedmiotem swoistej dumy. To, czego normalnie powinien się wstydzić, staje się ekshibicjonistycznie wystawiane na pokaz.

Niepokoi też fakt, że wielu ubogich, biednych, nie mających dostępu do tego materialnego rogu obfitości, intencjonalnie dąży do tego samego - do statusu triumfującego nabywcy. Kusi ich ten zasobny świat, obiecujący beztroską egzystencję, bezkonfliktowość, uwolnienie się od prawdziwie człowieczych niepokojów. Mało kto potrafi oprzeć się narkotycznemu urokowi rzeczy. Najczęściej człowiek jest przeświadczony, że wystarczy otoczyć się hałdami dóbr materialnych, żeby zaspokoić nękający go głód istnienia.

Tak więc i ubodzy, i bogaci tkwią w pułapce niezrozumienia autentycznego sensu życia. Człowiek to homo viator, przechodzień na ziemi. Powinien więc uczciwie bronić się przed leniwym rozsiadaniem się w czasie, przed balastem, który utrudnia mu posuwanie się naprzód. Niestety, widok na Niebo tarasują mu góry materii, która- dzięki zabiegom specjalistów od zaślepiania - sugeruje, że jest to materia celem samym w sobie.

Niewątpliwie trudno jest mocować się z problemami epoki, która usiłuje za wszelką cenę wciągnąć człowieka do poniżającej gry konsumpcyjnej. Jednakże sił do uniezależniania się od ogłupiających i poniżających widowisk zagłady duchowej dostarczyć nam może wyłącznie Bóg. Tylko nauka Chrystusa otwiera oczy na osobowe odczytywanie życia, prowadzące do rzeczywistego Królestwa Pełni. Nie jest ona (wbrew poglądom Nietschego ) wstrętem życia do życia, ale odrazą do (u)żywania człowieka przez człowieka, do odzierania go z godności dziecka Bożego. Jest ona obroną przed marnotrawieniem człowieczeństwa w człowieku, przed oddawania się w niewolę mocom ciemności. Człowiek zapatrzony w Boga, poszukujący prawdy staje się jaśniejszy niż kamienie Akropolu, niż blask greckiego słońca. Pan rozświetla mu drogę do celu ostatecznego, udziela łaski nierozpraszania się na zgubne penetracje krętych ścieżek doczesności.

„Nade wszystko ... trzeba człowieka przez społeczne wychowanie przysposobić do właściwego czytania treści zasadniczych, istotnych, osobowych, czyli dobra per se, w afirmacji i w wyborze.... „ - pisze A. Krąpiec (Człowiek i prawo naturalne ).

Ale kto dzisiaj - poza Kościołem - zainteresowany jest, by ukazywać wartości nieprzemijajace ? Cywilizacja promuje niemal wyłącznie prawdy sezonowe, wymienne, poddane rytmom zmieniającej się mody.

Kto dzisiaj -poza Kościołem - usiłuje przekonać znękanego człowieka, że nie każde dobro, będące przedmiotem ludzkiego pożądania jest dobrem rzeczywistym, zasługującym na racjonalną autodeterminację w celu pozyskania go.

Kościół ukazuje pogłębiona wizję człowieka, opartą na niezniszczalnych podwalinach bytu. „Przecież po to właśnie człowiek żyje, by wykształcić i doprowadzić do maksymalnej doskonałości (optimum potentiae !) swoje bogate potencjalności intelektualne i wolitywne „ - znowu zapewnia idealistycznie A. Krąpiec. A przecież taka powinna być norma egzystencjalna, reguła, a nie -zarezerwowany tylko dla nielicznych maniaków - wyjątek.

„Człowiek osiąga egzystencjalną pełnię poprzez kierowanie najwyższej osobowej aktywności do innych i razem z innymi oraz poprzez innych do PEŁNI OSTATECZNEJ, niewyczerpywalnej, czyli do Absolutu, w którym każdy fakt egzystencjalny, każde istnienie uzyskuje swoje ostateczne uzasadnienie „ (A. Krąpiec , Człowiek i prawo naturalne ). Kto spośród bogatych i biednych jest świadom tej prawdy ? Kto chce pamiętać o tym, że zaspokajanie dążeń biologicznych czy psychicznych musi być podporządkowane całościowemu życiu osobowemu ? Kto wreszcie przejmuje się stwierdzeniem, że dobrami materialnymi powinno się rozporządzać wyłącznie dla celów osobowych ?

W dobie szalejącego egoizmu z trudem toruje sobie drogę kolejna niepopularna prawda, że człowiek jest zobowiązany do udzielania innym swojego kapitału życiowego.

J. Gaarder, który zasłynął jako autor „ Świata Zofii „, zaproponował, żeby opracować Powszechną Deklarację Zobowiązań Człowieka”. Rzeczywiście należałoby uaktywnić w człowieku moralną intuicję. Na nowo odpowiedzialnie podjąć pytania o sens i cel istnienia, próbować ocalić osobę w sobie i bliźnim. Aby się to naprawdę udało, musimy na nowo zapalić światło czytelnych reguł moralnych, których mocodawcą jest sam Bóg.

Elie Wiesel zauważył, że „przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz obojętność, przeciwieństwem życia nie jest śmierć, lecz nieczułość „ Jest w tych słowach ogromna doza prawdy. Rozrasta się świat ludzi obojętnych, drętwych, nieczułych na piękno stwórcze, ale i na drugiego człowieka, na najpiękniejsze z Bożych stworzeń. A wszystko dlatego, że ludzie nie mają w sobie życia Bożego. Łatwo wtedy człowiekowi żyć z dala od problemów bliźniego, w kokonie znieczulicy i narcyzmu, bo on sam martwy jest i na życie już nieczuły. „Nie umiesz oddać siebie, jakże masz dostać wszystko?" - pyta ks. J. Twardowski. I zaklęty krąg samotności oraz niespełnienia złowieszczo się zamyka.

Najpilniejszym więc zadaniem człowieka jest otwieranie się na drugiego i na Boga, przyjmowanie zespołu motywacji nadprzyrodzonych, które konstytuują sens, otwierają oczy na ostateczne uwarunkowania egzystencji.

Warto częściej zastanawiać się nad sobą, by nie ulegać wielorakim widziadłom ziemi, lecz spojrzeniem duchowych źrenic duszy docierać poza terytorium tymczasowości. Warto stawać się osobą, która pojmuje siebie jako wolę przewyższania tego wszystkiego, czym jest i zarazem nie jest, jako wolę przewyższania teraźniejszości, w którą czuje się zaangażowana czy uwikłana, a która jednak nie wystarcza, która nie jest na miarę dążeń, z jakimi osoba się utożsamia.” Dewizą osoby powinno być nie sum, ale sursum „( G. Marcel )

Tylko odnalezienie w sobie śladów Boga ( które są niezatarte, a mogą być jedynie zniekształcone przez grzech, jak zapewniał św. Augustyn ) może uchronić człowieka przed rozpaczą i zagubieniem. Człowiek może napełnić się, nasycić jedynie przez więzy miłości ze Stwórcą. Wszystkie inne sposoby są tymczasowe i zawodne.

Jolanta Lesiuk
silence78@wp.pl