Nadprzyrodzony blask "Ciemnogrodu"

(tekst poniższy powstał znacznie wcześniej, ale jest on doskonałą odpowiedzią na artykuł "Kim jestem?")

 

Już kilkadziesiąt lat temu A. N. Whitehead zauważył, że postęp poznania powiększa niewiedzę w sprawach podstawowych i prowadzi ku granicom, którym sens musimy nadawać, czerpiąc z innego źródła niż poznanie typu naukowego i empirycznego.

 

W codziennym życiu człowiek czuje się "sfunkcjonalizowany", poszatkowany na różnorodne funkcje pełnione w społeczeństwie. W chwilach wytchnienia poszukuje sposobów ocalenia przed dezintegracją swojej osobowości, przed wyzuciem jej z człowieczeństwa. Jednakże z powodu wspomnianej wyżej niewiedzy w sprawach fundamentalnych swojego bytu, swoistego analfabetyzmu duchowego, chwyta się przypadkowych metod obrony swej godności.

 

Jest on istotą uzależnioną od Boga (w jak najbardziej pozytywnym sensie), ale nie zawsze uświadamia sobie swoje więzy ze Stwórcą. Może nawet traktować religię jako dolegliwość umysłową. Niemniej jednak wątpliwości umysłowe i duchowe skłaniają go do poszukiwania głębi bytu, trwałego metafizycznego oparcia. Taki poszukujący człowiek staje się łatwym łupem dla wszelkiego rodzaju nowych wspólnot para-religijnych, które często nazywają się kościołami i oferują szybkie, przyjemne rozwiązywanie duchowych rozterek. Wykorzystują one fakt, że współczesny człowiek zazwyczaj myli komfort psychiczny z duchową doskonałością. Organizacje te reklamują się jako kościoły wzajemnego zrozumienia, bardzo łagodne dla ludzkich słabości, czasami wręcz im schlebiające. Dla takich kościołów rzekomo sam Bóg jest życzliwszy, na dowód czego szeroko otwiera im metafizyczne okno. Zaszczytu tego nie dostępują niewtajemniczeni. Członkowie takich wspólnot łudzą się, że posiedli niezawodne techniki podporządkowania sobie Absolutu.

 

"Potrzeba, by On wzrastał, a ja abym się umniejszał" - mówi Jan Chrzciciel (J 3,30).

 

Wydaje się, że w wielu dzisiejszych organizacjach religijnych stosuje się zupełnie odwrotną zasadę - umniejsza się znaczenie Boga na rzecz samoubóstwienia człowieka, aż do ogłoszenia Boga zbędną hipotezą w życiu człowieka.

 

W taki sposób krzewi się najróżniejsze wierzenia i powroty do pogańskich praktyk. Z cząstek rozmaitych religii i prawd montuje się synkretyczną niby-religię, która ma uczyć jak wygodnie, w stylu XXI wieku rozsiadać się w czasie i pozorować możliwość samo-uszczęśliwiania i samo-zbawiania.

 

Nowe "kościoły" organizują wielkie przedsięwzięcia "ewangelizacyjne" podczas, których ludzie mają doświadczać, że nawet kontakt z Bogiem daje się usprawnić i unowocześnić. Prowadzone z rozmachem i z rozgłosem akcje tych niby-kościołów wpędzają w kompleksy niektórych wiernych Kościoła katolickiego. Powstają w nich wątpliwości co do wyjątkowości naszej wspólnoty, niezbyt pośpiesznie idącej za głosem współczesności, jakby wytrąconej z kolein czasu.

 

Objawienie Boże otwiera nieogarniony wszechświat trwałych i niezawodnych prawd. W ciągu dwóch tysięcy lat stale oplata myśl chrześcijańską bujny kąkol najróżniejszych idei. Człowiek wierzący nie może trwożyć się, że te małe wyspy ideologii kreowanych przez błędne mniemania zniweczą Boże dzieło. Obserwowany dzisiaj dramatyczny ruch i konflikt idei oraz wierzeń nie jest niczym nowym. Próby zaś ulepszeń i zmian (błędnie nazywanych postępem) w obrębie tego, co absolutnie przerasta pomysły pojawiające się w czasie, zawsze przynoszą człowiekowi szkody. Wszelkie werbalne ekstrawagancje, metafizyczno- dialektyczne paradoksy może mają nieraz szlachetne intencje, ale częściej są dziełem ludzi, których serca i myśli nie chcą spocząć w Bogu. Powodem tego bywa duchowe zagubienie, brak duchowej busoli nakierowanej na Stwórcę bądź niedorozwój tzw. zmysłu wieczności.

 

Człowiek wierzący musi czuwać, by nie odarto go z wartościującej świadomości, by nie wmówiono mu, że istnieją atrakcyjniejsze drogi do Boga niż oferuje Kościół Chrystusowy. Nie może pozwolić, by wmówiono mu, że tajemnice Boże da się rozszyfrować za pomocą nowoczesnych technik.

 

Ojcowie Kościoła ostrzegają - jeżeli wydaje ci się, że rozumiesz, to z pewnością nie jest to Bóg. "Na Boga, na słowo i dzieło Boże nie istnieje żaden pogląd, gdyż pogląd wymaga patrzenia niejako z góry, bycia  n a d. A owo  n a d zawsze należy do Boga. Dla człowieka to już dużo, gdy naprawdę jest  p o d  Bogiem, gdy jest Mu posłuszny, gdyż wówczas jest również w Bogu poprzez uczestnictwo w Jego Miłości" naucza H. U. von Balthasar. Dalej powiada ten wielki teolog, że "katolicki obraz świata ma trzy ogniska: Boga, Chrystusa i Kościół. Nie stoją one jednak obok siebie niepowiązane, lecz tworzą nierozerwalne Jedno. Bóg jest dla nas dostępny tylko w Chrystusie, tylko przez Chrystusa możemy do Niego dojść, do Chrystusa zaś tylko przez KOŚCIÓŁ.

 

Chrystus poza Kościołem może stanowić tylko duchową rozrywkę, w której nie o miłość do Chrystusa chodzi, ale o jakiś rodzaj egoistycznej samorealizacji przy użyciu idei Chrystusa. Rozglądanie się za rzekomo bardziej interesującą formą organizacyjną niż Kościół Chrystusowy jest schodzeniem na manowce, gdzie niejednokrotnie człowiek oddala się od Boga i staje żarliwym sługą bzdury.

 

Chrystus zapewnia nas, że sam będzie pasł owce w swoim Kościele. To dla Jego wyznawców najpewniejsza gwarancja PRAWIDŁOWEGO WYBORU. Dlatego chrześcijanin może spokojnie odnosić się do inwazji nowości metafizycznych, które miałyby lepiej rozwiązywać troski ostateczne. Człowiek wierzący nie musi uprawiać duchowej ekwilibrystyki, by usprawniać duszę do zrozumienia rzeczy ostatecznych. "Chrześcijańska wyćwiczona sprawność powinna polegać na coraz większej dyspozycyjności wobec Boga i Jego łaski" (H. U. von Balthasar).

 

Kościół Chrystusowy uczciwie ukazuje perspektywę finalną i otwarcie głosi prawdy autoryzowane przez samego Boga. W obrębie takiego kręgu wartości Krzyż jako absolutne narzędzie miłości Boga do człowieka stanowi jedyne centrum. "Dlatego w życiu ludzkim połowa umiejętności, krzyża swego szukać, a druga połowa nieść go za Zbawicielem" (C. K. Norwid).

 

Jeśli człowiek zechce ćwiczyć się w tej umiejętności, zechce szukać oblicza Pana, a nie duchowej satysfakcji, będzie prawdziwym homo vigilans- człowiekiem czuwającym, dbającym, aby nie zerwać łączności ze Światłością. Taki człowiek Tajemnice Boże "rozszyfrowuje" miłością, a nie bezowocnymi technikami i głęboko wierzy, że Kościół Chrystusowy (przez przeciwników pogardliwie nazywany ciemnogrodem) świeci rzeczywistym nadprzyrodzonym blaskiem. I jest to jedyne samo-pomnażające się światło.

 

Chrystus gromadzi w swoim Kościele ludzi grzesznych, którzy nie liczą na samo-uświęcenie, lecz aktywnie czekają aż zaleje ich nawałnica Jego łaski. "Jego łaska jak chmura deszczowa na wiosnę" ożywia i uświęca wszystko. Jego ofiara wciąż gładzi grzechy świata.

 

Z woli samego Chrystusa JEGO ORYGINALNY KOŚCIÓŁ jest największym sakramentem świata, dlatego nie musi obawiać się ludzkich osądów i upływu czasu. Święty Ireneusz pisał, że sam Duch święty nieustannie odmładza naczynie Kościoła, które zawiera wiecznie młodą obecność Chrystusa. Dobrowolnie pozbawiać się takiej przestrzeni sakralnej to SAMOBÓJCZE DZIAŁANIE. "Weź ode mnie Chrystusa, a nic dobrego mi nie zostanie" (J. Szkot Eriugena).

 

Jeśli człowiek naprawdę nie chce oderwać się od Chrystusa, jeśli pragnie uzbrajać się mocą z wysoka przeciw błędnym wierzeniom, musi ogniskować swoje życie duchowe wokół Kościoła Chrystusowego. Kościół ten niezawodnie prowadzi do zjednoczenia z Bogiem i już w doczesności umożliwia kosztowanie „jak dobry jest Pan”.

 

"I żaden czas, żadna siła nie rozbije utworzonej formy, która żyjąc, rozwija się (Goethe). Jest to nadprzyrodzona forma Chrystusowa.

 

Jolanta Lesiuk

silence78@wp.pl