A oto fragment mojej książki

    „Listy z Afryki i nie tylko”    

 

Kolwezi - Tshabula, 26.01.'93

To już trzecia cześć tego tasiemcowatego listu, pisanego na raty.

W niedzielę na wieczór pozbierałem się w końcu i „wylazłem z wyra” po kilkudniowej malarii. Ale musiałem jechać do Tshabuli i tam wczoraj nabazgrałem ręcznie dwie strony. Teraz zaś (wtorek) jestem już po wykładach i w Manice, a więc mogę dokończyć odpowiedź na Twój list, tym razem bardziej czytelnie, czyli na komputerze.

Myślę, że moje kilka listów już do Ciebie dotarło i sprawy wyglądają trochę jaśniej, tzn. masz więcej informacji. Opłatkiem się oczywiście podzieliłem, nawet z niektórymi Zairczykami, którym trzeba było najpierw wyjaśnić znaczenie i symbolikę tego gestu. Czy zrozumieli? Nie wiem, ale wygląda na to, że im się to spodobało, szczególnie grająca kartka. Zwłaszcza nasz kucharz, „señhor Augusto” nie mógł wyjść z podziwu i stale powtarzał: „Muzungu wafuako. Biały sprytny, Biały przebiegły, Białemu nawet kartka papieru gra.” Z tym naszym kucharzem - seńhor Augusto - to jest w ogóle cała historia. Jest to niewysoki, bardzo dynamiczny, sprytny i zarazem śmieszny, starszy człowieczek. Z pochodzenia i urodzenia Angolańczyk, należący do plemienia Czokwe. Będąc w Angoli służył przez wiele lat w domu Portugalczyka, a więc nauczył się portugalskiego, który jest zresztą językiem urzędowym Angoli. Z urodzenia posługuje się językiem Czokwe. Od kilkunastu lat mieszka w Zairze i tutaj porozumiewa się z sąsiadami językiem swahili. Pracował też u Greka, a więc zna kilkadziesiąt słów greckich, a do tego kilka francuskich i lunda, bo język ten jest używany właśnie w rejonie Shaby. Można więc powiedzieć, że mówi sześcioma językami. Najgorsze jednak jest to, że często używa wszystkich sześciu języków w jednym zdaniu. Zrozumieć więc Baba (pana) Augusto niejednokrotnie nie sposób. Kiedy go zapytałem jak się nazywa, przedstawił się właśnie z całą godnością jako seńhor Augusto. I tak zostało.

Taka mała zabawna historyjka. W samochodzie, jaki tu używa superior jest taki mały techniczny trick (jak zresztą w większości aut), że jak się otworzy drzwi, to zapala się lampka pod sufitem. Przez dłuższy czas (chyba nawet od nowości) żarówka w samochodzie była spalona. Przywiozłem z Belgii kilka zapasowych żarówek i po zamontowaniu lampa zaczęła działać normalnie. Kiedy señhor Augusto to zauważył był tym niepomiernie zdziwiony i zaciekawiony. Ile razy ktoś szedł do samochodu Augusto szedł za nim i z ciekawością wyczekiwał czy po otwarciu drzwi żarówka się zapali. Kiedy superior pyta go w końcu co to za ceremonie, Augusto z podziwem odpowiada: „Muzungu wafuako, sprytny i przebiegły, nawet auto jest mu tak posłuszne, że samo zapala światło, żeby muzungu nie rozbił sobie głowy, kiedy wsiada do samochodu”. Ks. Piet kazał mu samemu wypróbować tę sztuczkę z otwieraniem drzwi i przekonać się, że i jemu „auto będzie posłuszne i usłużne”. Najpierw się bał, ale w końcu spróbował i był bardzo zadowolony, że i jemu, murzynowi samochód się „kłania”. Oczywiście i tak wykoncypował, że to pewno muzungu kazał samochodowi być grzecznym także dla murzyna i czasami, kiedy samochód stoi na podwórku, Augusto próbuje otworzyć drzwi z zaskoczenia i sprawdzić, czy samochód nie zapomniał rozkazu białego. Natomiast Bożonarodzeniowa kartka z pozytywką zupełnie go już dobiła. Chodzi teraz i nuci „Przybieżeli do Betlejem” i mówi, że to grająca kartka Baba Casimili nauczyła go tej melodii. Oczywiście, że kiedy zobaczył mój komputer i stwierdził, że litery i obrazki „same z niego wyskakują”, to był bardzo zaciekawiony. Ale kiedy chcąc mu zrobić przyjemność zeskanowałem jego zdjęcie i pokazałem mu „w telewizorze”, to baba Augusto się przestraszył, kazał wyrzucić swoją podobiznę z tego czarodziejskiego pudełka i ze słowami: „diabelsko sprytna i bardzo niebezpieczna maszyna białego człowieka” wycofał się z mojego pokoju. Zauważyłem jednak, że przestał w nim sprzątać, bo: „nie chce mieć nic wspólnego z czarami muzungu i lepiej się do tych diabelskich urządzeń nie zbliżać”. No cóż sprzątam sam, a on… albo rzeczywiście się boi, albo znalazł wymówkę, żeby sobie ulżyć w pracy. Poza tym jest w porządku i bardzo sympatyczny.

Ot, takie to sobie zabawne rzeczy umilają nam życie w tym „niesłychanie cywilizowanym kraju”. Bo część Zairczyków uważa oczywiście, że ich kraj jest drugą po USA potęgą gospodarczą i cywilizacyjną świata, a np. Belgia i Francja tylko dlatego istnieją, że mają kontakt z Zairem i gdyby Zair zerwał umowy handlowe z tymi krajami, to zaraz na drugi dzień zapadną się one w gospodarczym i cywilizacyjnym chaosie. Naturalnie są i tacy, którzy zdają sobie doskonale sprawę z tego, jak naprawdę wygląda ta „potęga gospodarcza i cywilizacyjna Zairu”, ale nawet i ci są przekonani (zresztą nie bez podstaw), że bieda w Zairze i dobrobyt np. w Belgii, to efekt kolonizacyjnej polityki krajów zachodnich. Jest w tym sporo prawdy, bo na pewno i Belgia i Francja zbudowały swój dobrobyt na kolonizacyjnym i neokolonizacyjnym wyzysku takich krajów jak Zair, Rwanda, Burundi, Kongo, Kamerun itd. Z drugiej jednak strony jest to tylko część prawdy, bo właśnie dzięki kolonializmowi są w Zairze jakiekolwiek zakłady przemysłowe, jak np. kopalnie miedzi i kobaltu w Shabie. To kolonialiści budowali tutaj drogi, szkoły, szpitale, a nawet uniwersytety. To wszystko obecnie „idzie w ruinę”. Od roku 1964, tj. końca epoki kolonialnej i uzyskania „independence” nic się tu nie zrobiło. Wszystko jest rozkradane i niszczone. Sami zaś Zairczycy - szczególnie od czasów sławnej zairianizacji kraju, idei rzuconej przez Mobutu - uważają, że lepiej jest kraść i należy zniszczyć wszelki ślad po białym kolonialiście. Niszczeje więc wszystko, bo albo zepsute, rozkradzione, albo nie umieją tego używać. Pól nie uprawiają, bo - jak twierdzą - ziemia jest kiepska i do uprawy się nie nadaje, a biali mają obowiązek posłać im żywność jako rekompensatę za to co nakradli w czasach kolonialnych. A przecież jak się tak zakrzątnąć w porze deszczowej, to jedna rodzina potrafi zebrać z niewielkiego skrawka ziemi tyle manioku, kukurydzy, czy fasoli, że wystarcza na cały rok dla trzech innych rodzin. A w ciągu roku można zbierać plony nawet i dwa razy. Ale oni oczywiście będą powtarzać „Nous souffrons patiemment” - my cierpimy cierpliwie, będą żebrać i kraść, ale do roboty się nie wezmą. To są oczywiście moje, zaledwie kilkumiesięczne obserwacje, raczej nie pogłębione i niedokładne, ale… z rozmów z innymi, którzy są tu już dłużej wnoszę, że te moje obserwacje nie mijają się tak bardzo z prawdą.

 

 

Zapraszam do przeczytania całości. Książka jest dostępna za zaliczeniem pocztowym po wpisaniu się do księgi gości.