Oto kolejna wypowiedź w dyskusji na temat: "Czy opuszczenie Mszy Świętej jest grzechem?"

Jest to list jednego z moich respondentów, który z bólem pisze o naszej polskiej rzeczywistości.

Szanowny Panie Kazimierzu,

W ślad za poprzednim mailem i w nawiązaniu do niektórych tekstów na pańskiej stronie internetowej chciałbym załączyć tekst, który dość trafnie nawiązuje do moich poglądów. Jak wspominałem wielokrotnie wcześniej nie jestem  "wojującym" antyklerykałem, czasami chodzę do kościoła ale nie traktuje go jako przyjaznej mi instytucji. W kościele lubię tę atmosferę sanktuarium, ucieczki od codziennego zgiełku, gdzie można skupić się na swoich myślach, uporządkować je. Nie widzę konieczności uczestnictwa w liturgii ani obecności kapłana. Wystarcza mi sam kontakt ze Stwórcą. A czy bywa On w kościele zależy tylko od odwiedzających kościół wiernych. Każda wiara i każdy kościół twierdzi, że ma monopol na prawdę. Proszę spytać takiego Moona i jego wyznawców, gotowi są dopuścić się morderstwa w imię swoich racji. Dlatego wolę się trzymać z daleka od wszelkiego typu "naprawiaczy świata". Jak słyszę wieści z Belfastu, gdzie wyznawcy różnych kościołów rzucają butelki z benzyną na uczestniczące w procesji dzieci to mam ochotę trzymać się od tego typu "wiernych" jak najdalej. I jak słyszę bełkot dewotki, grożącej mi wiecznym potępieniem za nie uczestniczenie w niedzielnej mszy to ja wysiadam z takiej karuzeli. Ciekawe czy wszystkich Eskimosów też czeka wieczny ogień piekielny. Mówiono mi, że Bóg dał człowiekowi przywilej dokonywania dowolnego wyboru, śmiechu warte. Gdyby każdy człowiek rodził się w prawniczo-medycznej rodzinie zamieszkałej w Bostonie albo Nowym Jorku, miał możliwość ukończenia Harvardu a potem decydował czy będzie lekarzem altruistą, duchownym czy szefem narkotykowego gangu to się z tym zgadzam. Jakiż wybór ma dziecko urodzone na piasku Afgańskiej pustyni wśród pól minowych albo w rodzinie biednego kolumbijskiego chłopa. Może zdechnąć z głodu albo grzeszyć produkując heroinę w zamian za miskę ryżu dziennie.

Panie Kazimierzu, od jakiegoś czasu nie bardzo mogę się pozbierać do kupy na skutek mojej obecnej sytuacji życiowej. Jestem coraz bliższy podjęcia decyzji o opuszczeniu na zawsze tego zasranego kraju, mam już tego po prostu dość. Nie po to żyję te parę chwil aby je zasrać w tym domu wariatów. Nie wiem gdzie znajdę miejsce ale aby jak najdalej od Polski. Nie uważam tego państwa za ojczyznę tylko za konkurenta w nabywaniu jakichkolwiek wartości. To państwo, którego psim i konstytucyjnym obowiązkiem jest pełnienie funkcji służebnej wobec swych obywateli ogranicza się do izolowania ich od możliwości jakiegokolwiek nabycia powszechnych w życiu obywateli normalnych państw korzyści. A spalić życie na pracy aby utrzymać kilkutysięczną rzeszę polityków nie dostając nic w zamian, nie dziękuję ... Sorry za oschły ton, jestem w kiepskim nastroju ...

Poniżej tekst, o którym wspominałem (publikuję go za zgodą autora).

Tekst pochodzi od Pana Andrzeja Szmilichowskiego. Jego strona to: http://on.to/szmilichowski i Jego adres: andrzej.szmilichowski@chello.se.

 

"Kim jestem?

Naturalnie chodzi o umieszczenie siebie w jakimś systemie moralnym, etycznym lub religijnym. Odpowiedz - Kim jestem? okazuje się trudna głównie dlatego, że musi pochodzić z najgłębszych warstw duszy, bo tylko wtedy jest coś warta. Naginanie odpowiedzi do ..., do czegokolwiek, odbiera całemu przedsięwzięciu sens.

Kim więc jestem? Jak większość Polaków urodziłem się w rodzinie katolickiej i dopełniono na mnie wszystkich obowiązujących rytuałów, mając nadzieję, że będę katolikiem przez resztę życia. Zasady głoszone przez katechizm zapadły mi głęboko w dusze, pamiętam do dziś pierwsza komunię i strach, aby nie rozgryźć opłatka, Ciała Chrystusa. Bóg robił w mojej duszy porządek, a ja byłem jak kryształ, jak święci pańscy.

Potem nastąpił długi okres religijnej obojętności. Do kościoła chodziłem, bo chodzili do niego wszyscy, ale też dlatego, że było to w jakimś sensie granie komunie na nosie. Wychowywano mnie w tradycji "czarnej reakcji": ruski niedźwiedź był mi zupełnie obcym zwierzęciem. Kościół i ksiądz stanowili cześć, nawet niespecjalnie sakralną, mojej codzienności. Byli po prostu wszędzie i zawsze, jak szkoła, dom, jak fabryka. Następnie zaczęło coś się w mojej duszy dziać. Zacząłem czuć narastająca niewygodę i ten gorset stawał się ciasny, uwierał. Nieruchomość sakry, nieprzekraczalne kanony dogmatu, pojęcie grzechu, z jakim się nie zgadzałem, ciągły nawis winy i kary, konieczność bicia się w piersi, błagania o przebaczenie ... wszystko to coraz bardziej mi ciążyło, zwłaszcza że nie czułem się winny. Wiara, a w zasadzie ludzie, którzy nią zarządzali, byli dla mnie zbyt zdeterminowani. Nie pozostawiali mi żadnej osobistej przestrzeni, możliwości własnego manewru. Miałem wierzyć i słuchać, a jak robiłem coś inaczej - grzeszyłem.

Myślę, że właśnie wtedy przekroczyłem katolicyzm. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Przekroczyć w tym przypadku nie znaczy - być mądrzejszy, skądże! Znaczy - pójść dalej, Nie twierdzę naturalnie, że pojadłem wszystkie rozumy. Najprawdopodobniej katolicyzm potrafiłby wówczas odpowiedzieć na moje pytania, a nawet przekonać mnie i utrzymać przy sobie. Być może potrafiłby tego dokonać i dziś. Ale tak się nie stało. Ludzie w sutannach nie byli moimi starszymi i mądrzejszymi braćmi, nie starali się zostać moimi przyjaciółmi, nie czułem, że mnie kochają. Byli stróżami grożącymi mi karą i potępieniem. Nie zapraszali mnie do boskiego stołu zastawionego radością. Nie. Kazali klęczeć na kolanach i dokopywać samemu sobie za winy, do których się nie poczuwałem, których nie popełniłem.

Na szczęście nie stałem się ateistą. To byłoby okropne - nie wierzyć w nic, traktować siebie w kategoriach myślącego przewodu pokarmowego. Przez pewien czas bliska mi była gnoza - łączenie rozumu z wiara, zaciekawił agnostycyzm, aż zatrzymałem się dłużej na deizmie.

Deizm nauczał, że Bóg powziął raz gigantyczny wysiłek stworzenia świata materialnego, obdarzył go zdolnością do samodzielnego rozwoju, ustanowił prawa etyczne dające podstawę moralną istnienia świata - i na tym poprzestał. Nie ingeruje odtąd w losy świata, pozostawiając Je własnemu biegowi.

Mamy sami szukać do Niego drogi i nie myśleć o żadnych nagrodach (na przykład w postaci raju). Deizm mówi również i to, że ponosimy odpowiedzialność za wszystko, co robimy i myślimy.

 Nikt nie może z nas zdjąć odpowiedzialności za siebie, nie może rozgrzeszyć w imieniu Boga. Każdego kroku dokonujemy samodzielnie i - co ważne - nie jest to droga zespołowa. Mamy tu do czynienia z pierwszeństwem moralności nad religią: najwyższym autorytetem w sprawach wiary winien być indywidualny osąd ludzkiego rozumu działającego w oparciu o prawa moralne.

Idee deizmu są mi bliskie, ale deistą bym siebie nie nazwał. Nie czuję potrzeby związku z jakakolwiek formacją religijną czy inną. Uważam, że każde pokolenie winno ustalać hierarchię ważności swoich spraw zarówno materialnych, jak duchowych, i załatwiać je osobiście, bez pośredników.

Mądre objawienia są jak oliwa, która wcześniej czy później, ale zawsze wypływa na powierzchnię. A jeśli nie wypływa, to znaczy, że nie nadszedł jeszcze czas, że trzeba poczekać niekiedy parę inkarnacji (ale to już jest inna sprawa i inny obszar wiary czy przekonań).

Natomiast jednego, jeśli chodzi o mnie. wydaje się całkowicie pewien: jestem w drodze, w drodze ku staniu się lepszym człowiekiem, lub -jak kto woli - lepszą duszą. Raz udaje mi się to lepiej, raz gorzej, ale niech mi nikt nie mówi, jak mam myśleć, w co mam wierzyć i co mam robić. I jeszcze jedno:

Moje szanse są w znacznym stopniu uzależnione od Twoich szans, ponieważ szanse powodzenia rozumu (mającego oparcie w etyce) zależne są od atmosfery panującej miedzy ludźmi. W końcu pytanie: „Kim jestem?” jest istotne tylko w kontekście następnego, równie ważnego, pytania: „Kim będę?"