Archipelag Komorów – wstępne informacje

Komory, to archipelag położony na Oceanie Indyjskim między wschodnim wybrzeżem Afryki (Mozambik) i północnymi krańcami Madagaskaru. Składa się on z czterech wysp: Wielka Komora (Ngazidja), Anjouan (Ndzuani), Moheli (Mwali) i Mayotte (Mahore). Wyspy te rozciągają się na przestrzeni około 400 km z północnego zachodu na południowy wschód. Trzy pierwsze z nich, a więc Ngazidja, Mwali i Ndzuani opowiedziały się w referendum z 1975 za utworzeniem niepodległego państwa i od tego czasu stanowią Federalną Republikę Islamicką Komorów, o powierzchni 2.170 km kw. Czwarta wyspa Mayotte jest francuskim terytorium zamorskim, a więc terytorium pod protektoratem francuskim i nie należy politycznie do Państwa Komorów. Stolicą Islamskiej Republiki Komorów jest Moroni, leżące na zachodnim wybrzeżu największej wyspy Ngazidja u podnóża wulkanu Kartala (2.381 m.n.p.m.) Stolicę zamieszkuje około 20-25 tysięcy ludzi.

Cała Republika Islamicka Komorów liczy sobie około 600 tys. ludności i jest jednym z krajów o największym przyroście naturalnym na świecie wynoszącym 3,55 %. Ludność wysp, a właściwie islamickiego państwa jest w stu procentach muzułmańska. Jest ona pochodzenia mieszanego. Komory zasiedlane były wielokrotnie już od VII –VIII wieku, przez Afrykanów (głównie z Mozambiku), Malgaszów z pobliskiego Madagaskaru, a od IX-X wieku przez Arabów, którzy płynąc na południe wzdłuż wybrzeży Afryki kolonizowali Afrykę wschodnią min. także Komory. Pierwsi Europejczycy przybyli tutaj w XVI wieku i zastali już dobrze zorganizowaną społeczność arabską.

Do dzisiaj zresztą największe wpływy ma tutaj właśnie kultura islamu. Językami urzędowymi są arabski (język używany głównie w meczetach) i francuski (język używany w biurach, szkołach i sklepach), ale ludność w znacznej części mówi językiem komoryjskim, który jest mieszaniną swahili, arabskiego i innych języków rodziny Bantu. Podstawową gałęzią gospodarki jest rolnictwo, które rozwija się na żyznych glebach dwóch geologicznie starszych wysp Anjouan (Ndzuani) i Moheli (Mwali). Sama Wielka Komora (Ngazidja), nie nadaje się do uprawy z powodu braku wody. Obfite deszcze padające w okresie pory deszczowej szybko wsiąkają w wulkaniczną, porowatą jak gąbka ziemię i przez całe miesiące okresu pory suchej ludzie używają np. do mycia i prania tylko wody morskiej. Rolnictwo jest jednak, nawet na Anjouan i Moheli słabo rozwinięte i znaczna część żywności jest importowana. Eksportowane są z Komorów głównie wanilia, goździki i olejek eteryczny z drzewa yilang, służący do wyrobu perfum.

 

Niewielu jest na wyspach Europejczyków. Są to najczęściej pracownicy Ambasady Francuskiej i kilku innych zagranicznych przedstawicielstw i firm. Niewielu jest też turystów, ze względu na brak dobrze rozwiniętej bazy hotelowej. Same wyspy są bardzo atrakcyjne turystycznie i położone w tropikalnym, upalnym klimacie . Pora sucha trwa od kwietnia do listopada, a pora deszczowa od końca listopada do połowy kwietnia. W latach 30-tych naszego stulecia Kapucyni dojeżdżali tutaj kilka razy w roku z pobliskiego Madagaskaru, a na początku lat 40-tych założyli główną misję w Moroni i zbudowali niewielkie kaplice na Moheli i Anjouan. Komory były wcześniej częścią diecezji Ambandja z Madagaskaru a od 1975 roku są Administraturą Apostolską wchodzącą w skład Konferencji Biskupów Oceanu Indyjskiego wraz z diecezjami z Madagaskaru, Seszeli, Mauritius i Reunion. Kapucyni Szwajcarscy pracowali tutaj do 1985 roku, ale z braku powołań musieli misję opuścić i Stolica Apostolska zwróciła się do księży francuskich o prowadzenie misji i Administratury Apostolskiej.

Niestety trudne warunki życia i pracy powodowały, że księża często się zmieniali i w 1996 roku Salwatorianie zostali poproszeni o przejęcie Misji. Od października 1997 roku pracę na archipelagu objął Ks. Jan Szpilka (który wcześniej pracował prawie 20-cia lat w Zairze – dzisiejsza Demokratyczna Republika Kongo). 1-go kwietnia 1998 został on mianowany Administratorem Apostolskim i zamieszkał w stacji misyjnej w Moroni. W kilka miesięcy później do pomocy w pracy na francuskiej Mayotte dołączył Salwatorianin Irlandzki Ks. Seamus O’Duill, a w ostatnim czasie do Księdza Jana w Moroni dołączyli tanzanijski Salwatorianin, brat Philip Iruru i belgijski misjonarz Ks. Jef Cornelissen, który uprzednio również pracował w Zairze przez ponad 30-ci lat.

W ten sposób Salwatorianie, na prośbę Stolicy Apostolskiej otwarli nowe pole swojej misyjnej działalności. Współpracują oni w Moroni z Siostrami Boskiej Opatrzności, które prowadzą dyspensarium, maleńki szpital. Porodówkę i kilka szkół dla kobiet i dziewcząt zarówno w samym Moroni, jak i w rozsianych po wyspie wioskach.

Opracował Ks. Kazimierz Kubat SDS

Moja przygoda misyjna na Komorach

15.10 - 21.12.1998

Archipelag Komorów znajduje się u północnego krańca kanału mozambickiego, między wschodnim wybrzeżem Afryki i północnym krańcem Madagaskaru. Składa się on z czterech wysp: Ngazidja (Grande Comore), Mwali (Moheli), Ndzuani (Anjouan) i Mahore (Mayotte) (w nawiasach nazwy francuskie.). Wyspy te rozciągają się na przestrzeni około 400 km z północnego zachodu na południowy wschód. Trzy pierwsze z nich, a więc Ngazidja, Mwali i Ndzuani tworzą Federalną Republikę Islamicką Komorów Czwarta wyspa Mayotte jest francuskim terytorium zamorskim, a więc terytorium pod protektoratem francuskim i nie należy politycznie do Państwa Komorów

Największa z czterech wysp, Ngazidja (gdzie najpierw wylądowałem), to skrawek lądu o wymiarach 70x30 km i jak wszystkie inne jest ona pochodzenia wulkanicznego. Na niej znajduje się największy i jeszcze czynny wulkan Kartala, którego krater (o szerokości 3 km) wznosi się na wysokości 2.381 m.n.p.m. Od 1857 roku do chwili obecnej było 13 erupcji tego wulkanu, ostatnia w 1991 roku. Nie są to erupcje wybuchowe, jak mi mówili miejscowi ludzi i najczęściej jest to jedynie w miarę łagodny wypływ lawy z jednego z wielu kraterów. Miałem okazję widzieć taką rzekę zastygłej już lawy rozciągającą się na przestrzeni kilku kilometrów. Wygląda to raczej jak jedno wielkie żużlowisko, pełne większych i mniejszych brył lawy, skał i żużlu. Ten materiał jest też używany do budowy lokalnych dróg, ogrodzeń i domów. Porowate, lekkie skały dobrze chronią przed gorącem, ale z kolei przepuszczają wodę. Dlatego też na wyspie nie ma ani jednej rzeczki czy strumyka. Każdy deszcz wsiąka w to wulkaniczne żużlowisko w ciągu zaledwie kilku godzin. Dotkliwy brak wody jest więc jednym z największych problemów Ngazidja - Wielkiej Komory. Jest za to ta powulkaniczna gleba bardzo urodzajna i roślinność pleni się tu niesamowicie bujnie. Od brzegów oceanu, do wysokości 600 metrów nad poziomem morza « królestwo » palmy kokosowej, trochu powyżej tropikalny las z uprawami yilang-yilang (wyjaśnienie w tekście). Powyżej 1200 metrów króluje jeszcze bujna tropikalna roślinność. Sam szczyt Kartali jest przykryty wiecznymi chmurami.

Miałem okazję być w jednej z wiosek Tshinimoipanga, na wysokości 1.200 metrów. Ustawiczna mgła i wilgoć , chłód i wiatr, sprawiają jednak dosyć przygnębiające wrażenie. Tam udało mi się też być po raz pierwszy w meczecie, a nawet w dwóch. W jednym, trochu większym meczecie piątkowym, gdzie wszyscy me z czyż nie są zobowiązani pojawić się właśnie w każdy piątek na południowe wspólne modlitwy i w drugim, malutkim, zaprezentowanym mi przez oprowadzającego jako mój meczet. Później dowiedziałem się co to znaczy. Każdy pobożny muzułumanin jest zobowiązany wybudować za życia nawet maleńki meczet. To zapewnia mu - tak jak i uczestnictwo w świętej wojnie djihad - natychmiastowy wstęp do raju po śmierci. Dlatego tych meczetów jest tak dużo, praktycznie w każdej, nawet niewielkiej wiosce kilka, kilkanaście. Na Ngazidja znajduje się także leżące na samym oceanem Moroni (20 tysięczna stolica państwa), a w niej ponad 200 (dwieście) meczetów i jeden z dwóch kościołów katolickich na archipelagu.

Największy meczet na wyspie, wybudowany przy pomocy Arabii Saudyjskiej kosztem kilku milionów dolarów może pomieścić jednorazowo do 5.000 mężczyzn. Bo tylko mężczyzna ma prawo (i obowiązek) wstępu do meczetu. Od roku czasu Ks. Jan Szpilka jest właśnie w Moroni, Administratorem Apostolskim i zarazem jedynym misjonarzem pracującym w tym Islamickim (w 100%) państwie. Drugi kościół znajduje się na wyspie Mayotte i tam pracuje Ks. Seamous O’Duill, równiez Salwatorianin. Ale wyspa ta nie należy do Republiki Islamickiej Komorów, gdyż jako zamorskie terytorium francuskie należy politycznie do Francji, chociaż geograficznie należy do archipelagu Komorów.

Obydwie misje; w Moroni na Grande Comore i w Mamoudzu na Mayotte tworzą tzw. Administraturę Apostolską na Archipelagu Komorów. Została ona założona na początku lat trzydziestych przez Franciszkanów-Kapucynów, którzy dojeżdżali tu najpierw z Madagaskaru, a później założyli dwie stacje misyjne na Ngazidja i Mayotte. Jednakże w ostatnich latach Kapucyni wycofali swoich misjonarzy z powodu braków personelu i obie misje byłyy dorywczo obsługiwane przez francuskich księży z Misji Katolickiej w Paryz u, którzy zmieniali się bardzo często, nie mogąc przystosować się do trudnych warunków klimatycznych, samotności i tego co nazywa się kompleksem wyspiarskiego odcięcia, a chodzi o fakt przebywania przez dłuższy czas na maleńkiej wyspie i świadomości odcięcia od świata. Na to zresztą skarżą się nawet Francuzi pracujący na Mayotte. Obok tych dwóch kościołów sa jeszcze dwie maleńkie kaplice; jedna na wyspie Anjouan i druga na najmniejszej wyspie archipelagu, czyli na Moheli. Tam jednak nie ma praktycznie katolików. Ks. Jan opowiadal mi, że gdy na początku swojego pobytu był z bratem Maurycym (kapucynem) na Moheli, na Mszę św. nie przyszedł nikt. Jedynie w czasie podniesienia do kaplicy weszło ciele . Tak więc z końcem ub. roku Salwatorianie zdecydowali się przejąć zarząd Misją Katolicką i Administraturą Apostolską na tym archipelagu. Ks. Jan Szpilka został oficjalnie mianowany przez Stolice s w. Administratorem Apostolskim, a Ks. Seamus O’Duill (Salwatorianin irlandzki) objął odpowiedzialność za parafię na wyspie Mayotte. Katolicka Misja w Moroni na Ngazidja oprócz kościoła dla kilku (dosłownie) katolików składa się również z dwóch akcji charytatywnych: - praca nad formacja sanitarną i higieniczną w buszu prowadzona przez Siostrę Francois (z Francji) i Siostrę Lidię (z Madagaskaru) i z dzieł charytatywnych Siostry Colette (z Francji), tzn. dyspensarium i szpitalika dla poparzonych dzieci, porodówki i centrum żywienia dla niemowląt oraz szkoły dla dzieci biednych. Dyspensarium i szpitalik to prawdziwe błogosławieństwo dla miejscowej ludnos ci. Nie do uwierzenia, ale codziennie zgłasza się do siostry dwoje - troje poparzonych dzieci. Wypadki najbardziej banalne ale groźne: dziecko ściągnęło z polowego piecyka gotującą się strawę, wywróciło lampę naftową, poparzyło się gorącą wodą. A poparzenia są rozległe. Sam widziałem kilkuletnia dziewczynkę przywiezioną o 10-tej w nocy z poparzonymi obydwiema rękami aż do łokcia, nogą do kolana i połową klatki piersiowej. Siostra Colette (z francuskiego zgromadzenia zakonnego), pracująca tu od 33 lat ze znawstwem i wprawa opatrzyła i zabandażowała rany, podała lekarstwa i umieściła dziecko na kilka dni w swoim szpitaliku. Co trzy dni (we wtorki, czwartki i soboty) w centrum dla niemowląt szczepienia profilaktyczne przeciwko czerwonce, polio, żółtej febrze, cholerze i rozdawanie lekarstw przeciwko malarii. Siostra ma ponadto wcale nieźle zaopatrzoną aptekę, której niejeden szpital, nawet w Polsce mógłby jej pozazdrościć i codziennie po południu wydaje lekarstwa dorosłym za symboliczną opłatę 100 franków komoryjskich (około 30 centów). W szkole przez nia założonej uczy się obecnie 460 dzieci, a po południami odbywają się kursy kroju, szycia, haftowania i higieny dla kobiet.

Oprócz tego dwie inne siostry ze zgromadzenia de la Divine Providence, jedna z Francji, druga z Madagaskaru, prowadzą dyspensaria i szkoły życia dla młodych kobiet w kilkunastu okolicznych wioskach. W ten sposób próbują one podnieść status społeczny kobiety, która jest praktycznie własnością męża. Każdy z nich ma po cztery żony i one są od niego całkowicie zależne. Nauczenie ich podstawowych wiadomości z zakresu higieny, prowadzenia gospodarstwa domowego, opieki nad dzieckiem podnosi ich status, a zarazem i cenę w oczach mężczyzny.

Jedynie te dwie formy «działalności misyjnej», prowadzone przez siostry, są akceptowane przez miejscowe władze i gdyby je zlikwidować, pobyt misjonarzy na wyspie byłby niemożliwy. Jak mówi Ks. Jan jest to niema i darmowa obecność Kościoła, który świadczy o Bogu jedynie dziełami miłosierdzia i cichą obecnością. Niemniej jednak praca taka jest również dawaniem świadectwa i na pewno przynosi wiele radości i satysfakcji, boć przecież umacnia nas w tym sam Jezus Chrystus, który nas powołał i posłał, abyśmy nieśli światło Jego Ewangelii po najdalsze krańce ziemi.

Trochę inna jest sytuacja na Mayotte, gdzie pracuje okol o 4.000 Francuzów, którzy są pod duszpasterską opieką Ks. Seamus’a. Tam też Misja Katolicka prowadzi dużą szkołę dla młodzieży (do niedawna obsługiwaną przez siostry, a obecnie przez świeckich wolontariuszy z Francji), dyspensarium, już całkowicie oddane w ręce miejscowych sanitariuszy kreolskich i malgaskich, oraz mały hotelik dla turystów. Tutaj obecność księdza nie jest niema i gratisowa. Ma on pełne ręce roboty i chociaż miejscowej ludności nie nawraca, bo są to też muzułmanie, to jednak opieka duszpasterska nad pracującymi tu Francuzami, Malgaszami i Kreolami (z Wyspy Reunion) zajmuje sporo czasu. Katecheza dzieci i młodzieży, przygotowanie do I-szej Komunii św., do Bierzmowania, do Chrztu, śluby, codzienna Msza św. i praca administracyjna pochłaniają cały czas Ks. Seamusa. Właśnie z Mayotte piszę te korespondencję, gdzie pozostanę około dwóch tygodni, zastępując Ks. Seamus’a (od 03 do 19 grudnia), który korzystając z mojej obecności ma jechać do Tanzanii, dla załatwienia kilku spraw.

Na przełomie października i listopada przypadł termin oficjalnej wizyty Ks. Jana w Rzymie (Ad Limina Apostolorum) i dlatego prosił mnie on o zastąpienie Go w tym czasie w Katolickiej Misji w Moroni. Tak więc z końcem października znalazłem się w Moroni i pozostałem tam aż do początków grudnia. Komunikacja z tym bardzo egzotycznym krajem jest raczej trudna. Z Tanzanii trzeba było płynąć wodolotem na Zanzibar (około 2 godzin) i stamtąd następnego dnia trzy godziny lotu, małym motorowym samolotem do Moroni. Po przylocie na miejsce nie zastałem już niestety Ks. Jana, który dwa dni wcześniej musiał odlecieć do Rzymu. Z lotniska odebrały mnie dwie siostry, pracujące również w Misji i zawiozły do domu w centrum miasta, gdzie przez najbliższy miesiąc jedynym moim obowiązkiem była wieczorna Msza św. dla trzech sióstr i dwojga - czasami trojga - ludzi świeckich. Katolików na wyspie, jak i w całym archipelagu jest niewielu i to jedynie przyjezdni (z Afryki kontynentalnej, Madagaskaru i Europy). Na niedzielnej Mszy św. w Moroni bywało maksimum 35 osób. Miejscowa ludność jest w całości muzułmańska i ma konstytucyjnie zabronione nawracanie się na inną religię. W liście pozostawionym mi przez Ks. Jana znalazłem i taką radę: Nie próbuj z nikim z miejscowych rozmawiać na tematy religijne, bo zostaniesz natychmiast oskarżony o prozelityzm i będziesz miał duże kłopoty. Widać jednak zainteresowanie ludzi katolicyzm i to jest dobry znak.

Oczywiście Ks. Jan, jako stały kapłan misji i Administrator Apostolski ma znacznie więcej roboty, szczególnie administracyjnej, a ostatnio także inżyniersko-budowlanej. Dom misji pamięta jeszcze czasy kolonialne i wszystko się w nim sypie i rozlatuje. Konieczne są więc bieżące naprawy i remonty. Ks. Jan myśli także o wybudowaniu innego domu, poza miastem, gdyż obecny leży w samym centrum, na skrzyżowaniu ruchliwych ulic, a w okolicy znajduje się dwanaście meczetów, z których 7 razy dziennie (po raz pierwszy o godz. czwartej rano !!!) rozlegają się przez głośniki pobożne modlitwy muzzeinów. Ponadto położenie i sama konstrukcja domu czynią go praktycznie niemożliwym do mieszkania: w pokojach ustawicznie panuje temperatura do 35°C, a duchota i wilgoć od pobliskiego oceanu powodują, że reumatyzm rozwija się w tych warunkach wyjątkowo dobrze - czego sam w czasie mojego pobytu doświadczyłem. Warunki klimatyczne i (jak ja bym to nazwał) psychologiczne są raczej dosyć wymagające.

Brak pracy duszpasterskiej i po prostu kapłańskiej, samotność, poczucie izolacji i wyobcowania, s wiadomość, że jest się jedynie tolerowanym w tym całkowicie islamickim kraju, to wszystko stwarza raczej specyficzną atmosferę, która w połączeniu z dosyć trudnymi warunkami klimatycznymi na pewno nie sprzyja podnoszeniu ducha. Ale do odważnych i wytrwałych świat należy. Na brak pracy nie narzeka jednak Ks. Jan, chociaż nie jest to praca misjonarska i duszpasterska. Jest na pewno i wielkim dla niego ciężarem samotność. I to jest chyba jeden z najtrudniejszych momentów jego pracy. Ja sam myślałem, z e jestem raczej samotnikiem i cieszyłem się na kilkutygodniowy samotny pobyt. Po pięciu tygodniach pobytu w Moroni stwierdziłem jednak, z e samotnikiem na pewno nie jestem i nie chciałbym jeszcze raz doświadczyć podobnej przyjemności. Kiedy Ks. Jan wrócił z Europy nie mogłem się nacieszyć jego obecnością i faktem, że nareszcie można z kimś porozmawiać. Wprawdzie stale były siostry, ale one mają swoje dobrze rozplanowane zajęcia i nie maja praktycznie czasu na rozmowy w ciągu dnia.

Komory zasiedlane były od 13-tego wieku przez ludność Bantu, pochodzenia afrykańskiego i przez Arabów, podróżujących wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki. Od 19-tego wieku znalazły się one pod kolonialnym wpływem Francji, a od lat siedemdziesiątych naszego stulecia trzy z wysp archipelagu utworzyły niepodległe państwo. Najbardziej widać tu wpływy arabskie i francuskie. Język lokalny (komoryjski) jest mieszaniną języków bantu (szczególnie swahili) i arabskiego. Oficjalnym językiem jest też francuski i praktycznie wszędzie można się nim porozumieć.

Archipelag Komorów jest nazywany również «wyspami perfumowymi» ze względu na roślinę yilang-yilang, którą się tu uprawia i używa do wyrobu olejku, z którego produkuje się perfumy. Sama Wielka Komora (Ngazidja) nazywana jest również El Comoria tzn. kraj księżycowy z powodu dużej ilości kraterów wulkanicznych pokrywających tę wyspę i iście księżycowego krajobrazu. Życie i osady ludzkie zgrupowane są raczej na wybrzeżach wyspy, głównie w Moroni i kilkudziesięciu miasteczkach i wioskach dookoła W całym państwie Komorów (a więc na trzech wyspach archipelagu) żyje około 550 tys. Komoryjczyków, z czego na Wielkiej Komorze około 260 tys. Wnętrze wyspy to albo tropikalny las palm kokosowych, albo skaliste i wulkaniczne żużlowe piargi i usypiska.

Ciekawostką zoologiczną Komorów jest złowiona po raz pierwszy w latach 60-tych żywa skamienielina Coelacanthe (Gombessa Djambale - po komoryjsku). Pojawia się ona u wybrzeży Anjouan - drugiej co do wielkości wyspy archipelagu. Jest to przedstawiciel gatunku sprzed 300 milionów lat. Do lat 60-tych znany był tylko ze skamienielin. Złowienie żywego przedstawiciela tego gatunku, wywołało zrozumiałą sensację w świecie naukowym, gdyż ryba (?) została uznana za ogniwo w łańcuchu ewolucyjnym pomiędzy rybami i pierwszymi zwierzętami ziemnymi. Dzisiaj rybacy polują na te stwory, gdyż sprzedawane do muzeów i instytutów naukowych okazy osiągają cenę do 5-ciu tysięcy dolarów. Inną ciekawostką zoologiczna są miejscowe ptaki.

Otóż ze zdziwieniem zauważyłem, że fruwają one dosyć płynnym, wolnym i posuwistym ruchem. Kiedy się jednak bliżej przyjrzałem stwierdziłem, że nie są to wcale ptaki tylko po prostu ogromnych rozmiarów nietoperze Ich wielkość może być porównana do wielkości naszych gawronów, a niektóre z nich są nawet wielkości jastrzębia. Miejscowa ludność je te zwierzęta, a siostry, które tego przysmaku próbowały twierdzą, że smakuje jak pieczony królik

Myślę, że może jak na pierwszą korespondencję stąd to wystarczy. Pozdrawiam serdecznie i proszę o modlitwę tak w intencji pracujących tu księży, jak i ludzi tutaj żyjących. Może praca misjonarzy w połączeniu z Waszą modlitwą uczyni cud i otworzy te wyspy dla chrześcijaństwa. Ludzie tutejsi, a szczególnie kobiety - z tego co miałem okazję zauważyć - wykazują dosyć duże zainteresowanie kościołem i chyba nie byłoby tak trudno dla kościoła ich pozyskać. Jedyny problem to fakt, że istnieje konstytucyjny zapis w Islamickiej Republice Federalnej Komorów, ostro i kategorycznie zabraniający obywatelom tego państwa zmiany religii. Przekroczenie tego prawa jest karane - w najlepszym wypadku - wygnaniem, czyli banicją ……

Archipelag Komorów, 09/12/98 Ks. Kazimierz Kubat SDS

Mój adres: niedostępny