Moja książka o Afryce    

    "Listy z Afryki i nie tylko"    

                Fragmenty:    

U Was w Polsce gorący czas, strajki, zamieszki, wybory, ale i tutaj czasami też przeżywamy pewne wstrząsy i zamieszki. Trochę inaczej one wyglądają i… może opiszę co nam się tu ostatnio przytrafiło. Otóż pod koniec czerwca mieliśmy w Tshabuli pożar buszu zapalonego nieroztropnie przez ludzi. To jest ich tradycja i zwyczaj, że co jakiś czas wypalają busz, albo chcąc przez to wywołać (wyprosić) nadejście deszczów - jak to ma miejsce pod koniec pory suchej czyli w październiku, albo wypalić, wystraszyć i wytępić robactwo i gady, jakie się w buszu gnieżdżą. Tak właśnie było i tym razem. Zapalono busz w odległości kilkuset metrów od naszego kompleksu, ale ogień przenosił się dosyć szybko i w pewnym momencie wydawało się, że ogień przerzuci się na nasze budynki domu wychowawczego i że cały zespół naszych zabudowań spłonie. Trzeba było sporo się nabiegać i odcinać drogę ogniowi, żeby go nie dopuścić zbyt blisko domów. Same domy są murowane z solidnej cegły, ale drzwi i więźba dachowa są z drewna i przy tak wysokim ogniu wyglądało to raczej groźnie.

Na początku lipca zaś małe trzęsienie ziemi. Takie coś nie jest tutaj zbyt częste, bo - jak wyczytałem w podręcznikach - plateau Manika, na którym leży Kolwezi nie należy do terenów sejsmicznych, ale jednak się zdarza. Pewno nie jest też zbyt groźne, bo domki są tutaj parterowe i bardzo lekkie, szczególnie domki murzyńskie budowane z bambusów, oklejane gliną i kryte długą buszową trawą, albo co najwyżej kawałkami starej blachy. Niemniej jednak było coś takiego i mimo, że niewielkie i nie trwające długo, to jednak wstrząsające -dosłownie i w przenośni. Byłem tego popołudnia akurat w Manice, na parafii, kiedy cały budynek - a najbardziej podłoga zaczęła się trząść.

Kilkanaście dni później miałem kolejny atak malarii. Całą noc „… jak kot”, nad ranem miałem już nawet poprosić Ks. Krzysztofa o spowiedź. Wyspowiadałem się ale nie w nocy, tylko rano i okazało się, że było po co. Atak malarii był w nocy z soboty na niedzielę, a w niedzielę po południu jechałem do naszych sióstr na Mszę św., bo proboszcz z ich parafii też zachorował i rano nie miały Mszy w kościele. Na ulicy Mama Mujinga, za przejazdem kolejowym zauważyłem sporą grupę młodzieży z Juferi, która zatrzymała właśnie samochód z czerwonego krzyża i szarpała się z jego załogą. Pomyślałem, że skoro oni są zajęci tamtym autem, to ja na moim motorze jakoś się przemknę. Niestety zatrzymali i mnie. Poprzebierani i pomalowani na wojnę klanową, z łukami, maczetami, nożami i kijami wyglądali dosyć bojowo i nieprzyjemnie. Kilku z nich podskoczyło do mnie, jeden „przyłożył” z rozmachem maczetę do mojego karku, innych dwóch przystawiło noże do gardła i pod żebra, i gadka:

-   Muzungu zginiesz, obetniemy ci łeb, bo pomagasz Kasajczykom.

Jeszcze teraz widzę te nieprzyjemne twarze pełne nienawiści i jakiejś tępej złośliwości. Są tym bardziej niebezpieczni i groźni, że palą konopie, piją tę swoją lutuku - mocny bimber i przechodzą jakieś fanatyczne i tajemnicze chrzty, kąpiele w strumieniach, namaszczenia, które mają ich chronić od śmierci. Są więc sfanatyzowani, pijani, otępiali i raczej nie należy się im sprzeciwiać, bo mogą być nieobliczalni. Byłem po kryzysie malarii (i po spowiedzi), a więc słabiutki jak dziecko i spokojny, opanowany, jak święty. Spokojnie więc i bez nerwów, aby ich nie sprowokować, mówię:

-   Skoro mam umrzeć, to spełnijcie moje ostatnie życzenie przed śmiercią. Wiecie, że jest taki zwyczaj?
-   Tak, a czego chcesz? - pytają zadziornie.
-   Pozwólcie mi wypalić ostatniego papierosa w moim życiu.
-   Muzungu pal, ale nam daj też, bo my też palimy, tylko nie mamy forsy na tumbako.

Wyjąłem i odpieczętowałem nową paczkę. Jednego sam zapaliłem, a im dałem resztę. Trochę ich to udobruchało. Paczkę rozdrapali w mig najbliżej stojący. Jeszcze im grzecznie przypaliłem. Inni, którzy się zbiegli też chcieli, ale wyjaśniłem że nie mam więcej, więc zaciągali się wspólnie. I tak od słowa do słowa, z pełną kurtuazją i spokojem z mojej strony (wiem co mogłoby się stać gdybym pokazał, że się boję, albo co gorsza zaczął ich traktować niegrzecznie i krzyczeć). Pytają w końcu:

-   Gdzie jedziesz Muzungu?
-   Jako ksiądz, jadę do sióstr na Mszę św. - odpowiadam jeszcze grzeczniej.
-   Kłamiesz, bo wiemy, że jeździsz na stację do tych biblulu (robaków) Kasajczyków i wozisz im jedzenie i lekarstwa, a myśmy na nich wydali wyrok śmierci i mają wszyscy pozdychać z głodu i chorób.

Jeszcze raz im grzecznie tłumaczę, że jadę na Mszę św. do sióstr i jak chcą to mogą sprawdzić co mam w plecaku. Ten, który cały czas do tej pory trzymał mi maczetę na karku opuszcza ją zdejmuje mój plecak i sprawdza.

-   Rzeczywiście są tu tylko bintu ya Misa (przybory, rzeczy do Mszy) - mówi.
-   A czy będziesz się za nas modlił? - pyta jeden.
-   Nie, bo jak mnie zabijecie to jak mam się za was modlić? Wprost przeciwnie, po mojej śmierci będę straszył was, wasze rodziny i waszych krewnych - odpowiadam z całym spokojem.
-   Przysięgam na moją brodę, która jest moim dawa (tabu, albo siłą magiczną).

Przestraszyli się trochę, a ci, którzy trzymali noże pod moim gardłem odskoczyli trochę skonfundowani.

-   Muzungu, nie mów tak (mają ogromnego boja przed fetyszami i czarami i bardzo w to wszystko wierzą.
-   Nie pomogą wam nawet wasze czary i kąpiele w strumieniach, bo wiecie, że dawa białego misjonarza są mocniejsze od wszystkich waszych czarowników i waszych dawa - ciągnę dalej pewniacko, ale spokojnie.

Po pół godziny takich „teologicznych” przetargów i głupiego (dla mnie, ale nie dla nich) gadania puścili mnie i pozwolili jechać dalej.

Kiedy parę minut później opowiadałem o tym siostrom, te były raczej przerażone i pełne podziwu, skąd mi do głowy przyszły te papierosy i to straszenie ich moją brodą. Tak więc papierosy, które normalnie szkodzą zdrowiu, tym razem uratowały(?) mi życie.

Ale to jeszcze nie koniec całej historii. Kilka dni po tym wydarzeniu pojechałem na wakacje właśnie do Kalamby, do Ks. Jana. Po powrocie, jakoś w połowie września nasi klerycy opowiadają mi z przejęciem, że oto trzech spośród owych „wojowników”, nazajutrz po tym zdarzeniu zabił piorun. I to właśnie tych, którzy dotykali mojej brody. Sprawa dziwna, bo lipiec to już okres pory suchej, nie ma deszczów ani burz w tym okresie, a więc piorun był na pewno sprowadzony przez czary i siłę mojej brody. Przekonanie to powstałe wśród ludzi utwierdzali nasi klerycy, którzy niejednokrotnie widzieli mnie, jak w Tshabuli z zainteresowaniem oglądałem burze szalejące nad kopalnią miedzi. Rzeczywiście miałem okazję widywać takie spektakle „światło i dźwięk” i zawsze lubiłem je oglądać, bo kopalnia leżąca na przeciwległym pagórku, w odległości kilkunastu kilometrów od Tshabuli jest dobrze widoczna ze wzgórza, na którym są wybudowane nasze domy. Próbowałem nawet fotografować. Kopalnia miedzi i kobaltu, gdzie pewno są też i inne metale ściąga pioruny i takie widowiska były szczególnie piękne i fotogeniczne.

Klerycy nawet kilka razy pytali mnie czy się nie boję. Oni raczej w czasie burzy chowają się i wolą całą sprawę przeczekać. Oglądanie zaś piorunów uważają za bardzo niebezpieczne o ile nawet nie za świętokradztwo. Tak więc moja nierozważna groźba i przysięga złożona na brodę - dawa okazała się działać. Klerycy z uśmiechem, ale i z dziwną niepewnością w głosie powtarzali, że wśród ludzi mówi się iż broda Ojca Kazimierza jest „foudroyante” - piorunująca. Stąd więc na wstępie pozdrowienia od Old Shatter Beard.

Ale i na tym nie koniec historii z piorunującą brodą. Mam nadzieję, że nie jestem nudny i pozwolę sobie dodać jeszcze i ten epizod, bo rzeczywiście nazbierało się tego sporo od ostatniego czasu.

Otóż, zaraz jakoś po przyjeździe z Kalamby, okazało się, że Ks. Krzysztof wyjechał do Lubumbashi i trzeba by jechać w niedzielę do kościoła w Diur na Mszę św., gdzie w międzyczasie wróciło jednak trochę ludzi. Pojechałem rano przed ósmą na motorze przez soko. O tej porze było jeszcze puste i przejechałem dosyć szybko i spokojnie. Kiedy jednak wracałem około południa, po drugiej Mszy, soko - targ było już zatłoczone i jechałem bardzo ostrożnie i powoli, żeby nikogo - nie daj Boże - nie potrącić, lub czegoś nie przewrócić, bo wtedy oczywiście muzungu musi zapłacić wszystkie wyrządzone i urojone szkody. A zdzierają przy tym ile wlezie, bo muzungu ma forsę niech więc płaci.

Już prawie przy wyjeździe z soko, z bocznej uliczki wyskoczył rowerzysta i wpakował się do mojego przedniego koła. Jako, że jechałem wolno, straciłem równowagę i przewróciłem się razem z motocyklem. Ja rozciąłem sobie łuk brwiowy, z którego cieknie krew (leżę przykryty motorem), a on połamał koło od swojego roweru. Oczywiście wina moja. Skoczył więc na mnie i nie dając mi się wygrzebać spod motoru, przykłada mi nóż do gardła i żąda odszkodowania za zniszczony rower, bo inaczej mnie poderżnie. Hm… takie tutaj widocznie zwyczaje, że większość spraw załatwia się przez poderżnięcie gardła… Jednak ludzie stojący obok, zaczynają krzyczeć: „Nie dotykaj jego brody, on ma barbe foudroyante”. Chłopak przestraszył się i odskoczył. Ludzie pomogli mi się podnieść, pozbierać i zapalić motor. Pojechałem na plebanię w Manice, umyłem się, zjadłem obiad (śmiano się znowu, że to już po raz drugi broda uratowała mi życie) i położyłem się na poobiednią sjestę.

Po południu budzą mnie i wołają do rozmównicy, bo ktoś chce ze mną gwałtownie rozmawiać. Wchodzę i widzę tego nieszczęśliwca od roweru, całego zlanego potem i przerażonego. Od wejścia zaczyna mnie przepraszać i tłumaczyć się, że on nie wiedział, że ja mam w brodzie taką siłę, że on nie chciał, że teraz to on na pewno już zginie od pioruna, bo dotknął mojej groźnej brody… i tym podobne mecyje. Tłumaczę, że to wszystko bzdury, że ja nic przeciwko niemu nie mam, żeby dał całej sprawie spokój i zapomniał. Ale on nic, tylko upiera się, że ja muszę mu coś dać, co będzie go broniło przed magiczną siłą mojej brody. Poszedłem do jednego starszego misjonarza i pytam co z takim fantem zrobić. A on mi na to: „Nie lekceważ sprawy, bo oni w to wierzą i chłopak rzeczywiście jest gotów umrzeć ze strachu. Najlepiej daj mu jakiś twój ciuch, podkoszulkę lub koszulę, którą masz na sobie i niech to przy tobie ubierze, jako znak i zabezpieczenie przed tymi twoimi dawa.” Rzeczywiście wróciłem do rozmównicy, zdjąłem podkoszulkę i dałem. On to zaraz ubrał, upewnił się, że nic przeciwko niemu nie mam i poczuł się lepiej.

Od tego czasu kiedy wyrostki rzucają za mną na ulicy pestkami z mango wołając niegrzecznie „Muzungu toka wee (nie tłumaczę, bo jest raczej wulgarne) zatrzymuję motocykl, spokojnie pokazuję moją brodę i wołam: „Chodź, dotknij!”, co powoduje panikę i ucieczkę w popłochu.

Po tygodniowych rekolekcjach pod koniec września i kilku dniach wolnych od 5 października zacząłem nowy rok wykładów w seminarium. Do zeszłorocznego zestawu dołożyli mi jeszcze historię filozofii średniowiecznej, a więc św. Tomasza i scholastykę, co lubię i filozofię marksistowską, co mniej mi odpowiada. Ale uznano, że skoro pochodzę z postkomunistycznego kraju to będę to znał najlepiej… pewno na zasadzie, że kryminologię najlepiej zna kryminalista, a specjalistą od filozofii Kanta może być tylko kanciarz…

Co do Mistrza Eckharta to ja osobiście wracam do niego stale, tym bardziej, że jest to jedyna polska książka jaką tu posiadam. Aha ostatnio, tzn. u Jana w Kalambie przeczytałem „Archipelag Gułag” Sołżenicyna i „Podróż do komunistycznych Chin” francuskiego dziennikarza. To było niemniej wstrząsające niż trzęsienie ziemi.

I tak pomalutku jakoś nam czas leci… na czarach i tym podobnych historyjkach. Minął już rok (3 września) jak tutaj jestem. Miną jeszcze i dwa latka do pierwszych wakacji i będę Wam mógł pewno trochę więcej poopowiadać osobiście. Prawdę powiedziawszy, to już mi trochę tęskno, ale… dwa lata też szybko zlecą. Serdecznie pozdrawiam Ciebie, Rodziców i wszystkich znajomych w Oazie. Dołączam moją modlitwę i o Waszą z kolei proszę.

Aha, listy jednak lepiej adresować na Belgię, bo szybciej dochodzą."

Powrót do góry strony

Całość książki do nabycia u mnie po wpisaniu się do księgo gości