Wprawdzie nie ta pora roku i nie ten czas, ale nadesłane rozważanie „Nasze Betlejem” wydaje mi się interesujące i ważne w każdym czasie. Co więcej jest to kontynuacja medytacyjnego cyklu, w którym pochylamy się nad Pismem Świętym. Stąd pozwalam sobie go umieścić na stronie mimo, że jest pełnia lata i do Bożego Narodzenia jeszcze trochę czasu zostało.

 

Nasze Betlejem

 

 

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: „Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy „Bóg z nami”. (Mt 1,18-23)

 

**************

 

Boże Narodzenie. Kolędy, choinka, szopka, prezenty, przysmaki. Jak miło, rodzinnie, przytulnie, bezpiecznie.

 

Jak łatwo zatrzymać się na tej zewnętrznej, słodko - mdłej oprawie, łzawych wzruszeniach. Czym jednak tak bardzo się wzruszamy? Anielską twarzą Maryi? Słodkim snem Dzieciątka? Nieporadnością i prostotą pasterzy? Czy to można nazwać przyjęciem Boga, zdecydowanym zaproszeniem Go do naszego życia, czy w ten sposób Bóg narodzi się w nas? Przyjrzyjmy się jak przyjęli Boga Maryja z Józefem.

 

Pierwsza usłyszała nowinę Maryja. Anioł przyniósł jej radosną a zarazem bardzo trudną propozycję - może zostać matką Mesjasza. Od tysięcy lat naród wybrany na tego Mesjasza czekał, prorocy opisywali okoliczności Jego przyjścia.  Wiele kobiet czułoby się zaszczyconych taką rolą, niektóre nawet dobrowolnie pozostawały w dziewictwie aby być gotowymi na podjęcie tej godności (być może Maryja była jedną z nich). A więc radość z wielkiego wyróżnienia, ze zbliżającego się wypełnienia obietnic Bożych. Może zdziwienie i zawstydzenie osoby bardzo skromnej i pokornej (właśnie ja?!). Ale przecież była zaręczona, według zwyczaju dopiero po upływie roku małżonkowie mogli zamieszkać razem. Do tej pory na pewno uważnie przyglądano się  narzeczonej. A prawo ówczesne było bezlitosne, cudzołóstwo karane było śmiercią przez ukamienowanie. Czy można przypuszczać, że ludzie uwierzą, że to sprawa Ducha Świętego? Czy my byśmy uwierzyli? Maryja stanęła więc przed realnym zagrożeniem swojego życia. Co gorsze nie tylko postronni ludzie mogli ją potępić, ale Józef ... . Przecież go kochała, może go ogromnie zranić, sprawić mu ból, sprawić wrażenie, ze go oszukała. Bóg postawił Maryję w bardzo trudnej sytuacji, mógł zawalić się cały jej świat, jej plany szczęśliwego życia. Po ludzku patrząc sprawa była beznadziejna. Najczęściej mówimy wtedy: „Boże, chyba wymagasz rzeczy niemożliwych, zapukaj do innych drzwi”. Maryja zaufała, zaufała wbrew wszelkiej ludzkiej nadziei, powierzyła swój los w najlepsze ręce gotowa przyjąć z tych rąk każde rozwiązanie. FIAT. NIECH SIĘ STANIE JAK TY CHCESZ, PANIE.

 

Po pewnym czasie efekty anielskiej radosnej nowiny mógł dostrzec Józef. Co wtedy czuł? Zraniona męska duma, złamana miłość, zawiedzione zaufanie? Zwyciężyła miłość. Postanowił wziąć na siebie całą winę aby uchronić Maryję przed śmiercią. Tu znowu musiał interweniować Boży posłaniec. Ludziom tak trudno zrozumieć Boże plany i uwierzyć. Maryja i Józef wiedzieli, że to co można zrobić najlepszego, to zaufać i być gotowym na wszystko. Dla Boga. Tylko w takim otwartym sercu może narodzić się Bóg, innym przysyła tylko swoje zdjęcia (kartki świąteczne).

 

Przyjście na świat Boga nie było sielanką, wprost przeciwnie. Jeśli wczytamy się w tekst Ewangelii możemy znaleźć przerażającą twardość, bolesną rzeczywistość, głębokie upokorzenie. Bo czyż możemy wyobrazić sobie większe upokorzenie niż narodziny w stajni, w warunkach urągającym podstawowym wymaganiom higieny, gdzieś w drodze, daleko od domu, bez szansy na jakiekolwiek ludzkie warunki opieki nad noworodkiem? Jezus przyszedł na świat jak ostatni nędzarz. Dlaczego właśnie tak? Chyba tylko dlatego, żeby nikt nie mógł czuć się za mały, niegodny. Bóg nie siedzi gdzieś w swoim pałacu w chmurach, ale dotyka ziemi i to bardzo mocno. Tak bardzo kocha nas, swoje dzieci, że jest gotów znieść najgorsze warunki, byle tylko być z nami, być Emmanuelem. Tak wielki dar, tak wielkie poniżenie Wszechmocnego, aby przywrócić nam godność, odrodzić i podnieść z upodlenia. „Poznaj swoją godność, chrześcijaninie! Stałeś się uczestnikiem Boskiej natury (...). Pomnij, jakiej to Głowy i jakiego Ciała jesteś członkiem. Pamiętaj, że zostałeś wydarty mocom ciemności i przeniesiony do światła i królestwa Bożego.” (św. Leon Wielki).

 

Jak dobrze jest żyć z Jezusem pod jednym dachem.
On puka do naszych serc, czeka na zaproszenie, niech nie pozostanie bezdomny.

 

 Wioletta Masiuda