Jolanta - Poezje VII

 

Wyczekiwanemu

 

kaskadą pragnień

rzeźbiarka nadziei

kształty wieczności uparcie żłobi

w każdym muśnięciu esencji piękna

Wyczekiwany nadchodzi

 

w studium cierpienia

pod okiem Chmury Niewiedzy

pod napięciem Tajemnicy

głos Twój

Wyczekiwany

drżące "jest" zawsze usłyszy

 

to nic

że ciche dni masz

 

Miłość

bez Twojego doglądania

il mondo minaccioso

 

resztkami światła się słania

powrócisz blaskiem i opieką słowa

 

a będzie Ciebie pod dostatkiem

bez przerw w dostawie Istnienia

w tej Posiadłości

gdzie nic się już nie zmienia

 

 

 

naiwni dziecinni

 

naiwni dziecinni

zapamiętale świat malują

miłością bez próżnej estetyki

bez magmy fałszu i zdrad

z dystansem do uciekających pragnień

 

naiwni dziecinni

nie stawiają wymagań Tajemnicy

nie piją zbyt często wód Arystotelesa

winem Ducha syci

 

naiwni dziecinni

nie rozumieją cynizmu

triumfujących nocy

nie znają smaku sprzedajnych spraw

nie bawią się

allegro furioso alla polacca

 

naiwni dziecinni

więdną dla świata w milczeniu

wolą ziemi niewdzięcznicy

z piętnem dalekowzroczności

avere la testa fra le nuvole

niż zostawać w ciasnym kręgu

zniewoleń

 

Szukam

 

z porannego tramwaju

kobieto w oparach smutku zagubiona

kto wpiął ci sękate krzyże w oczy

kto w nadziei spustoszeń dokonał

... souffrir patiemment, souffrir avec patience

 

drżącymi mówisz dłońmi

jak w Mszy Górniczej

czarny trud trwania

nie mieści się w tobie

modlitwą cię odnajdę

o sobie mi opowiesz

razem wzniesiemy serca

ku płodnym blaskom Boga

jeszcze nie koniec

 

zobaczysz

odejdzie nieustępliwa trwoga

 

Spełnienie

 

dość mam w sobie

różnych nadmiarów

deszczowej pory łez

 

dość mam w sobie

feerii duchowych zieleni

rozgwieżdżonych barw

i porywających wichrów

i kosmicznych koralowych raf

płyną przeze mnie śmiałe strumienie

wystudiowanych pragnień

uważnie omijających grzech

 

a ciszy starannych upraw

milczenia oaz podniebnych

sumiennie dogląda mój czas

 

dość mam w sobie

dziwnych niedoborów

zawziętych braków i skaz

dość mam w sobie

niewyplenionych myśli

nocnej hamady

suchowiejów i czarnych skał

i rzek epizodycznych

i chmur ciskających gromy

 

więc skoro jestem

małym wszechświatem

jednością i dolin i szczytów

 

dlaczego

natychmiast chcę

wszystkiego się zrzec

i w Tobie zostać

najlichszym płomykiem

 

Zapalić czas

 

Wysmagana milczeniem

wyćwiczona ciszą

dojrzała chwilą

wzgardziła zbyt nieludzkim losem

wyżej się wybiła

 

wybijała się na miłość

na wielkie dawanie

co skalę zgubiło

w oczach z Płonącym Bezkresem

 

obchodziła czasy

niestałością udręczone

szeptała im na ucho

amandum est -

to co w byty się wcieliło

to co wyśnił stwórczy gest

 

Zbyt żarliwa chwila

na całość się rzuciła

ostatkiem tchnienia

panta gar tolmeteon

trzeba porwać się na wszystko

żywym ogniem świat zaszczepić

 

I protestem łez

nad "bezbożnością Bożego wszechświata "

chwila zadumana

odpłynęła w Stałość

w niewidzialnych tumanach

 

Jolanta Lesiuk

silence78@wp.pl