"Trzy grosze" na temat posłuszeństwa

 

Pisze Ksiądz, że posłuszeństwo i pokorę uważa się dziś za cnoty dobre dla średniowiecza, prawie za "przywary" niegodne XXI, niegodne człowieka wyzwolonego. Staje się irytujące- to bezmyślne powtarzanie przez wielu, wielu ludzi komunałów o ciemnym, tępym Średniowieczu, któremu nie pozostawało już nic innego jak tylko zaufać Bogu, bo swojego pomysłu na życie nie potrafił wypracować.

 

I dzisiaj każdego, kto pracuje nad sobą ze względu na Chrystusa, uważa się za niedorajdę, nieprzystosowanego. Rzekomi oświeceni powinni zajrzeć do kilku dobrych pozycji na temat Średniowiecza. Przekonają się, że było w nim wiele światła i szlachetności, że od tego czasu ludzkość odbywa triumfalny marsz w dół (jeśli chodzi o siłę moralną i umiejętność rozeznania ostatecznych uwarunkowań egzystencji). Objawienie nie jest systemem filozoficznym, teoryjką, którą ludzki geniusz od czasów Średniowiecza posunął niebywale naprzód. Wszystko, co Boże jest dokładnie takie samo jak w Średniowieczu. A skoro ludzie uważają się za dużo mądrzejszych od średniowiecznej "ciemnoty", to czyż nie powinni być dzisiaj zdecydowanie bliżej Boga niż ich przodkowie. Niestety, wiary i postępu moralnego raczej się nie dziedziczy.

 

„Rzeczywistości nie można ująć inaczej, jak tylko na drodze przepojonego wiarą spostrzeżenia czy doświadczenia" (K. Jaspers, Filozofia egzystencji). Do jakich spostrzeżeń i doświadczeń prowadzi wiara? Myślę, że rozbudza aspiracje do życia wiecznego. A czyż można mieć większe aspiracje niż pragnienie życia wiecznego?

 

Jeśli się ich nie ma, naturalne, że próbuje się "wyczerpać życie" w kawałku czasu, usiłuje się ten skromny kawałek czasu zagęścić do granic możliwości, do chorobliwego przesytu doznaniami, wysokimi wskaźnikami emocji, przyjemnościami, itp. „Żyjąc tracimy życie” -pisała Maria Janion, krytyk literacki. Podkreśla ona, że zwykło się uważać, iż życie duchowe utożsamia się z życiem wiary. Jej zdaniem istnieje autonomiczny świat ducha, całkiem szlachetny, będący wytworem człowieczej pracy. Kto tak myśli, kto duchowe bogactwo uważa za samorodne, niech się nie dziwi, że jego zasoby ciągle się kurczą. Eksploatując je, ubożejemy. Wysiłek ducha staje się samoniszczycielski. L. Kołakowski podpowiada w tym miejscu, że "kultura, która traci sens sacrum, traci sens całkowicie." Takie refleksje nie rodzą się na co dzień.

 

Stefan Chwin mówi, że w demokracji możesz mieć duszę, jaką chcesz, nikt tego nie stawia na ostrzu noża. Demokratyczna dusza samopas dryfuje, zachłystując się rzekomą wolnością. "Zaaresztowana " w murach człowieczeństwa inspirowanego własną wyobraźnią lub, co gorsza, rządzona bezładną mieszanką hormonów, smaków, zapachów staje się zdezorientowana, bezbronna wobec nadmiaru ulotnych propozycji, a jednocześnie trudno jej wyjść z tej pułapki. Sfałszowany pokarm duchowy rodzi fałszywe zaangażowanie egzystencjalne. Człowiekowi wydaje się, że oferta świata jest niewyczerpywalna, a jeśli trapią go jakieś wewnętrzne rozterki, to dlatego, że nieumiejętnie czerpie ze skarbnicy, którą otwiera przed nim świat.

 

Posłuszeństwo jest w tych zabiegach narzędziem obcym i nieprzydatnym. Owszem, człowiek jest bardzo uległy podszeptom świata, ale do głowy by mu nie przyszło, że tak w istocie jest. Brakuje mu duchowych kwalifikacji, żeby rozeznać, iż gardząc posłuszeństwem, pokorą -cnotami prowadzącymi do Boga, jak niewolnik wykonuje zalecenia prowadzące go do zguby. Ot, sumienie zgłupiało - powiedziałby ks. J. Twardowski.

 

"To, co na scenie świata splątane i powikłane, w oczach duszy staje się proste (Bossuet). Dziś koniecznie trzeba dodać, że chodzi o duszę" normalną" - to znaczy świadomą swych Bożych korzeni. Taka dusza rozumie, że "przykazania są istotną mową miłości. Tylko miłość rozumie mowę przykazań i tylko ona potrafi się nią posługiwać" (ks. J. Tischner, „Ksiądz na manowcach”). Posłuszeństwo nie jest wtedy zniewieścieniem woli, chorobą, ale aktem wypływającym z miłości, z zawierzenia Bogu. Chcąc, nie chcąc znów wszystko sprowadza się do miłości, w miłość się obraca.

 

Pozostaje się modlić, by każdemu „dana została świadomość, że człowiek bez Boga, sam sobie pozostawiony i sam siebie za boga mający, a przeto sam z sobą się komunikujący, będzie wiecznie pusty i głodny, a wiec będzie wiecznie sam siebie pożerał" (J. M. Rymkiewicz, „Aleksander Fredro jest w złym humorze”). . . . Byśmy żyjąc, nie tracili życia.

 

Jolanta Lesiuk

silence78@wp. pl