Powierzony skarb

 

            Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według prawa Mojżeszowego, przynieśli Dziecię do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”.  (Łk 2, 22 - 23)

  

Po upływie czterdziestu dni od narodzenia Jezus został przyniesiony do świątyni. Maryja i Józef zgodnie z Prawem i własnym przekonaniem ofiarowali Go Bogu. Wiedzieli, że to Dziecko należy do Pana, zostało im powierzone tylko na jakiś czas. Jego prawdziwym Ojcem jest Bóg a jedynym  zadaniem jest żyć dla Niego.

 

Ta świadomość była głęboko ugruntowana w Izraelu, teraz powinniśmy odnowić to przekonanie, że każde dziecko (ogólnie - każdy człowiek) jest darem Boga i Jego własnością. Wyrażamy tę prawdę wtedy gdy ofiarujemy dziecko Bogu przynosząc je do Chrztu. Dziecko (to nienarodzone również) nie należy do rodziców, ono należy do Boga. Rodzice otrzymują je od Boga tylko „na wychowanie”, jakby w depozyt. Bóg powierza im swój wielki skarb i pragnie, aby byli obrazem Jego miłości i  wychowali to dziecko dla Niego.

 

Naturalne jest więc, że celem  wychowania powinno być przygotowanie człowieka do spotkania z jego prawdziwym Ojcem i do gotowości służenia Mu całym swoim życiem. Dziecko powinno nauczyć się słyszeć głos Ojca, żeby dobrze odczytywać Jego plany i z bliskiego, osobistego z Nim kontaktu czerpać moc do ich realizacji.

 

To nie ambicje i plany rodziców powinny określać drogę życiową młodego człowieka. Musi on samodzielnie rozeznać swoje powołanie, które proponuje Bóg. Musi mieć odwagę podjęcia wezwania i konsekwentnego realizowania mimo trudności. Nie ma nic bardziej godnego pożałowania niż człowiek, który rozminął się ze swoim powołaniem, lub je zaniedbał. Nie jest przekonujący kapłan, który traktuje swoje obowiązki jako konieczność i „dopust Boży”, wkładając serce w to, aby się dobrze i wygodnie urządzić, a miłość Boga i człowieka uważa za dawno przebrzmiały frazes. Jak przykro widzieć ojca, który nie ma czasu ani ochoty wysłuchać dziecka, tylko wszystko chce załatwić wrzaskiem lub biciem. Ze zdziwieniem patrzymy na żonę, którą irytuje we wszystkim jej własny mąż. Dawniej młodzi ludzie mieli zwyczaj przed ważnymi decyzjami życiowymi (wybór stanu życia, zawodu) pytać Boga w głębokiej modlitwie, nawet oddalali się na jakiś czas od zwykłych obowiązków, odprawiali rekolekcje, aby nie popełnić pomyłki, aby dowiedzieć się gdzie chce ich widzieć Bóg.

 

Często dorośli próbują zastępować Boga i wmawiają dziecku swoją wizję. Zdarza się, że np. babcia wymarzy sobie iż jej ukochany wnuczek zostanie księdzem, a ten tak przyzwyczai się do tej myśli od dzieciństwa, że „idzie na księdza” właściwie nie wiedząc dlaczego i po co. Bywa też przeciwnie: mamusia szybko chce „wydać” swoją córeczkę, żeby nie została sama. Że „kandydat” dość podłego gatunku? Nie szkodzi, najgorszy chłop lepszy niż żaden. A jaki arsenał szantażu uczuciowego a nawet bolesnych, obraźliwych słów potrafią wytoczyć najbliżsi, jeśli na nieszczęście i wstyd w rodzinie okazałoby się, że ta córeczka chciałaby zostać zakonnicą.

 

Przez wiele lat prowadziłam spotkania grup oazowych, głównie dziewcząt. Zdarzało się, że rodzice nie pozwalali swojej córce chodzić na te spotkania (2 godz. w tygodniu), obawiając się, że jeszcze zostanie zakonnicą. No bo kto to widział, żeby się tyle modlić. Przecież wystarczy być w niedzielę w kościele. Jednocześnie nie mieli większych oporów aby puścić swoją latorośl na dyskotekę, gdzie spotkać można papierosy, alkohol,  chamstwo i  przemoc. Do dziś pamiętam moje zdumienie i niezrozumienie takim „postawieniem na głowie” wychowania młodego człowieka.

 

Maryja i Józef  dzień za dniem, przez wiele lat wspólnego życia z Jezusem bardzo przyzwyczaili się do Niego, był „ich” dzieckiem.  Istniało niebezpieczeństwo, że mogą uważać Go za swoją własność. Wtedy dwunastoletni Jezus „zgubił się im” w Jerozolimie. Gdy szukali Go z wielką miłością ale i niepokojem  musiał im przypomnieć, że nie oni są najważniejsi, że nie jest ich własnością: „Czemu Mnie szukaliście? Czy nie wiecie, że powinienem być w sprawach Ojca?”.

 

Prawdziwie kochać dziecko, to pozwolić mu odejść we właściwym czasie. Nie można go zatrzymywać egoistycznie dla spełnienia własnych marzeń czy poczucia bezpieczeństwa, gdyż tak postępując jesteśmy złodziejami - przywłaszczamy sobie to, co należy do Stwórcy. Nie wychowujemy dzieci dla siebie, nawet nie dla społeczeństwa, wychowujemy je dla Boga.  Czy mamy świadomość, że najważniejsze w życiu, to „być w sprawach Ojca”?

 

Służyć Bogu mogę na każdym miejscu, pod warunkiem, że jest to moje miejsce, czyli to, które wyznaczył mi Bóg.

 

Wioletta Masiuda