Skąd bierze się synkretyzm

 

Synkretystyczny sceptycyzm i letniość, a nawet obojętność wielu współczesnych katolików ma wiele źródeł. Są one niewątpliwie w wielu wypadkach spowodowane błędami i grzechami przedstawicieli Kościoła Katolickiego, czyli po prostu księży, którzy zapomnieli, że ich powołanie to nie robienie kariery i ciułanie grosza, ale służba Bogu i bliźnim. Sądzę jednak, że nie tylko. Na tę letniość i nijakość składa się wiele innych przyczyn, z których dominujący na zachodzie (a wkradający się także szeroką falą w katolicyzm polski) permisywizm i nijakość przekazu na pewno nie jest bez znaczenia. Mówiąc bardziej wyraziście i zdecydowanie: rozwodniono klarowne wymagania i autentyczny radykalizm Ewangelii w rozmamłanym sentymentalizmie, pozaokrąglano wszystkie kanty w imię delikatności i fałszywego humanizmu. Wymazano z Ewangelii wszystkie miejsca, w których Chrystus był zdecydowany i jednoznaczny. Zinterpretowano je w chęci miałkiego i bezsensownego przypodobania się wszystkim i nie stwarzania napięć. Tam gdzie Chrystus mówi o piekle, karze, grzechu, tam gdzie jest zdecydowany i jednoznacznie potępia zło, grzech, przewrotność, tam gdzie domaga się radykalnego nawrócenia i zmiany życia wprowadzono różnego rodzaju zaokrąglające, łagodzące i wymijające interpretacje, aby  nie zrazić i nie odstręczyć co bardziej „delikatnych”. Podkreślano „wszechogarniającą a sentymentalną jedynie miłość” tak daleko, że zapomniano o tym iż miłość ta, jest wypalającą zło i grzech Miłością Boga, Który jest Święty i świętości od nas oczekuje, a nie rozmamłania i rozwodnienia w sentymentach.

 

Przykłady takiego rozwadniania i rozmydlenia radykalizmu Ewangelii? Pamiętam w jednej parafii poproszono mnie o Mszę Świętą z homilią. Akurat ewangelia tej niedzieli była o tym, jak Chrystus wyrzucił kupczących ze świątyni. Przygotowałem homilię i kiedy przyszedłem do zakrystii w niedzielę rano, ze zdziwieniem usłyszałem prośbę proboszcza, aby nie czytać przewidzianej na dzisiaj Ewangelii, bo jest za ostra, tylko wziąć jakiś inny, „łagodniejszy” fragment.

 

Inny przykład: W minionym tygodniu (XIV w ciągu roku B) przez kilka kolejnych dni czytaliśmy Ewangelię wg św. Mateusza, fragment o pierwszym rozesłaniu Apostołów (Mt 10, 1- 33). Ewangelia z minionej niedzieli (XV niedziela roku B) to również to samo wydarzenie, ale w relacji św. Marka.

 

W tych opisach jest fragment, który mnie od dłuższego czasu zastanawia i nie daje spokoju, a mianowicie: „Gdyby was gdzie nie chciano przyjąć i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego domu albo miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych! Zaprawdę, powiadam wam: Ziemi sodomskiej i gomorejskiej lżej będzie w dzień sądu niż temu miastu.” (Mt 10:14-15)

 

Szukam po różnych komentarzach i książkach jak można by ten fragment zinterpretować i oto co znajduję:

 

We francuskim mszaliku niedzielnym na 2003:

 

«Il ne faut pas pour autant que les Douze se fassent des illusions : ils ont été témoins du refus des habitant de Nazareth, mais la même mésaventure risque de leur arriver. Le refus ne doit pas le rebuter, mais les inviter a aller plus loin : le geste de secouer la poussière des sandales doit être entendu ainsi et non comme une geste de malédiction.»

 

(Nie powinni jednak Apostołowie robić sobie złudzeń. Byli oni świadkami odrzucenia przez mieszkańców Nazaretu, ale ta sama przykrość może spotkać ich. Odrzucenie jednak nie powinno ich zniechęcać, ale raczej zaprosić do pójścia dalej. Gest strząśnięcia prochu z sandałów tak tylko powinien być rozumiany, a nie jako gest czy znak przekleństwa.)

 

W innym komentarzu do tychże samych czytań :

 

«Priorité a la liberté de l’homme. Si les gens accueillent, c’est bien, s’ils refusent de recevoir le message, il ne faut pas insister et partir ailleurs. Jésus prévoit ses collaborateurs : d’abord le respect des personnes.»

 

(Pierwszeństwo dla wolności człowieka. Jeśli ludzie przyjmą (Dobrą Nowinę) to dobrze, jeśli odrzucą przyjęcie posłannictwa, nie należy nalegać i iść gdzie indziej. Jezus poucza swoich współpracowników: najpierw szacunek dla osoby.)

 

A mnie nerwy biorą czytając takie bzdury i takie bajdurzenia ! Chrystus mówi tu o rzeczach kapitalnej wagi; o konieczności nawrócenia i zmiany życia, o konieczności głoszenia tego ludziom „w porę i nie w porę”, o tym co może się stać z tymi, którzy odrzucają Dobrą Nowinę, a „szanowni rozwadniający” Słowo Boże, aby tylko nikomu się nie narazić, ględzą o wolności i szacunku dla osoby. Dla mnie takie gadki to nic innego jak (przepraszam za wyrażenie) kastrowanie Ewangelii! Oczywiście, że Bóg dał człowiekowi wolność i jej nigdy nie odbierze, ale człowiek nieraz nie wie, na co go ta - źle użyta - wolność naraża. Trzeba mu to wyraźnie powiedzieć, bo kiedy będzie już za późno i taki człowiek nadużywający swojej wolności znajdzie się nie tam, gdzie Jezus chce go mieć, to będzie to wina także „panów ględziarzy”, którzy rozwadniali Ewangelię i mydlili człowiekowi oczy zamiast go wyraźnie przestrzec przed niebezpieczeństwem. Człowiek jest niewątpliwie wolny, ale czasami z tą jego wolnością i jej idiotycznym podkreślaniem jest jak z dzieckiem, którego matka ma obowiązek strzec nawet nieraz wbrew jego woli. Dziecko też jest przecież też wolne, a przecież matka nie pozwala mu się bawić ostrym nożem lub żyletką? Tak jest i z wolnością człowieka, że daje mu się tę wolność, ale „panowie rozwadniacze” nie chcą jednocześnie powiedzieć, że to narzędzie jest bardzo ostre i można sobie krzywdę wyrządzić. I to jest właśnie nieuczciwe. Tak jest, kiedy mówi się młodzieży o możliwości „radosnego seksu”, wolnej miłości, związkach na próbę, soft seksie i łagodnych narkotykach. Ale tak samo jest kiedy ogólnikowo stwierdza się tylko „Bóg cię kocha”, ale zapomina powiedzieć, że ta miłość jest wymagająca i niesie ze sobą moralne i etyczne zobowiązania, kiedy niejako zataja się fakt, że wolność może się stać niebezpieczna, jeśli nie jest poddana moralnemu osądowi.

 

Takie „rozwadniające” i pseudo-humanistyczne podejście spowodowało, że ludzie przestali wierzyć w Boga, że nie wiedzą albo wiedzieć nie chcą, iż Bóg pragnie ich nawrócenia, że zdecydowanie należy potępiać zło i radykalnie zmieniać życie, że przestali zwracać uwagę na rzeczywistość grzechu, a rozpłynęli się w emocjach, w uczuciowości i w miałkim sentymentalizmie. Przestało ich interesować zbawienie i życie wieczne proponowane prze Chrystusa, pozostają na poziomie nijakiego i bezpostaciowego pseudo-humanizmu, degenerującej pseudo-tolerancji i sentymentalnej religijności bez wymagań. Każda próba przypomnienia im o konieczności ustawicznego nawracania się, o zasadniczym wymaganiu Ewangelii, jakim jest zmiana i reorientowanie życia na Chrystusa jest przyjmowana jako zamach na ich wolność. Ludzie gotowi są wierzyć w Chrystusa ale tylko tak długo, jak długo On nic od nich nie wymaga, tak długo jak długo jest On tylko słodkim „jezusikiem” stojącym na boczku i nie mieszającym się w ich sprawy. Będziemy Go nazywać przyjacielem, bratem, prorokiem, dobroczyńcą, cudotwórcą, nauczycielem, ale niech tylko spróbuje nas czegoś nauczyć, niech spróbuje postawić nam wymagania moralne ... odwracamy się od Niego, lekceważymy i mówimy za niektórymi z Jego uczniów: „ ... trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” (J 6:60)

 

Czytając niektóre komentarze biblijne, homilie i kazania -tak publikowane na internetowych stronach, jak i w pięknie wydanych książkach- mam niestety wrażenie, że rozmieniliśmy zdecydowany radykalizm ewangeliczny na drobne ... czułostki. Zastąpiliśmy jasność i klarowność ewangelicznych norm moralnych miałkim sentymentalizmem. Z Ewangelicznego przekazu uczyniliśmy opowiastki dla grzecznych dzieci, rozwodnione i nijakie historyjki, o jakimś przesłodzonym Jezusie, który kocha wszystkich bez stawiania im zdecydowanych wymagań. Tenże nijaki i przesłodzony „Jezusek” wszystkich grzecznie i układnie głaszcze po główkach przebaczając im wszystko bez konieczności zmiany w ich życiu czegokolwiek. Fałszywa tolerancja i źle rozumiana miłość i Miłosierdzie Boże doprowadziły do tego, że z Ewangelii – Dobrej Nowiny zrobiliśmy chodliwe i chwytliwe kolorowanki i komiksy religijne .... Byle tylko nie stawiać przed człowiekiem za wielkich wymagań, byle tylko nie straszyć go grzechem, piekłem, realną możliwością potępienia. Stępiliśmy radykalizm Ewangelii, byle tylko nie stawiać człowieka w sytuacji, w której musiałby zrezygnować ze swoich nałogów i przyzwyczajeń. Zaokrągliliśmy wszystkie kanty tylko dlatego, aby człowiek współczesny nie czuł się „zaambarasowany” koniecznością radykalnej zmiany swojego życia. Zamiast mówić o konieczności nawrócenia głosi się dzisiaj raczej nijakie i synkretystyczne „powszechne przebaczenie”, a wszelkie błędy, grzechy i zboczenia przykrywa wstydliwie tolerancją dla ludzkiej natury, dla ludzkich potknięć i słabości. Wszystko tylko po to, aby człowiek nie musiał z niczego rezygnować i po prostu przestać grzeszyć.

 

Trzeba zauważyć, że tego rodzaju rozmydlenie radykalizmu ewangelicznego jest z jednej strony (ze strony nieprzyjaciół Kościoła) wynikiem socjotechnicznych manipulacji, a ze strony naiwnych lub perwersyjnych księży jest to brak realizmu, a czasami nawet zwykły permisywizm, który im samym pozwala prowadzić nijakie, a wygodne życie. Oni przecież nie grzeszą, nie kradną, nie cudzołożą, nie prowadzą żadnych nieczystych interesów. Oni tylko nie chcą obrazić dobrego towarzystwa w którym się obracają, nie chcą stracić wiernych.

 

Jaki jest efekt takich zabiegów? Ano właśnie synkretystyczny sceptycyzm, ironiczny czy nawet sardoniczny uśmiech na twarzach tych, do których adresowana jest Dobra Nowina, nijakość, brak wewnętrznego przekonania o ponadczasowej wartości norm moralnych, a ostatecznie brak wiary głębokiej i autentycznej. Taka płytka i synkretyczna wiara zostaje sprowadzona do kilku zewnętrznych ceremonii, paru okazjonalnie praktykowanych zwyczajów i bezsensownych sloganów w rodzaju: „Bóg nas wszystkich kocha”, „nie należy być bardziej papieskim niż papież”, czy sławetne a absolutnie już bezsensowne: „jestem wierzący, ale nie praktykujący, wierzę w Boga, ale kościół jest mi do niczego nie potrzebny” – tak jak by można było być  ... np. niepraktykującym nudystą lub niepraktykującym wegetarianinem.

 

Taka płytka i powierzchowna wiara jest jednocześnie bardzo łatwa do zastąpienia czymkolwiek. Chrystus bez wymagań moralnych łatwo może być zastąpiony praktykami jogi, ceremoniami satanistycznymi, chiromancją, wywoływaniem duchów, ezoteryzmem, New Age’m, czy innego rodzaju szamiaństwem – to wszystko prezentuje się nawet bardziej interesująco niż katolicyzm z jego moralnymi i etycznymi wymaganiami.

 

Nie ma się więc co dziwić, że wśród katolików współczesnych tak wiele jest właśnie synkretystycznej nijakość i letniości, tak wiele niezrozumienia i obojętności, bo im zakłamano Ewangelię, bo ją ogołocono z jej radykalizmu i blasku, bo ją zniekształcono i wykoślawiono. A zrobili to nie tylko wrogowie Kościoła, ale bardzo często jest to dokonywane przez naiwnych a nijakich, przesadnie delikatnych i permisywistycznych duszpasterzy, którzy w imię nie utracenia wiernych rozmydlają wymagania ewangeliczne. A szkoda pasterze, bo i wy będziecie tam gdzie wasi wierni ... A Jeremiasz mówi o takich pasterzach w bardzo ostrych słowach:

 

"Biada pasterzom, którzy prowadzą do zguby i rozpraszają owce mojego pastwiska - wyrocznia Pana. Dlatego to mówi Pan, Bóg Izraela, o pasterzach, którzy mają paść mój naród: Wy rozproszyliście moją trzodę, rozpędziliście i nie zatroszczyliście się o nią; oto Ja się zatroszczę o nieprawość waszych uczynków - wyrocznia Pana. Ja sam zbiorę resztę swego stada ze wszystkich krajów, do których je wypędziłem. Sprowadzę je na ich pastwisko, by miały coraz liczniejsze potomstwo." (Jr 23:1-3)
 

*******************