Uczta Baltazara czyli ... dobiegną wszyscy

W jaką drogę chcesz mnie zabrać świecie

 i jakim nakarmić natchnieniem?

 Nie rozumiem twoich znaków.

 Jesteś mi tylko szatańskim błądzeniem

Człowiek ma szansę na zbawienie, kiedy pokornie uzna, że sam z siebie nie jest zdolny do miłości i prawdy. Kiedy pragnie żywego związku z Ogniem Nieustającym, który nawet w symbolice mitycznej uważany był za źródło miłowania. Prawidłowo rozwijająca się cywilizacja powinna uwypuklać najważniejsze dane dla losu ludzkiego, sprzyjać urzeczywistnianiu się człowieka. A tymczasem, klimat współczesnej cywilizacji zachodnio-atlantyckiej "cuchnie" bezładem rozłażącej się rzeczywistości.

 

Święty Tomasz z Akwinu pytał w Sumie teologicznej - An Deus sit? -czy Bóg istnieje? Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział, że to pytanie stworzyło całą cywilizację zachodnią (o czym przypominam kolejny już raz, bo wartość tej uwagi jest bezcenna ). "Bo kiedy człowiek wysilał się, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania ostateczne, znajdował jasne i ostateczne odpowiedzi na sporo innych pytań" (J. Gaarder autor min. „Świat Zofii”).

 

J.Toynbee nazywał człowieka osobowością szukającą związku z Najwyższą Rzeczywistością Duchową. W dzisiejszym Europejczyku systematycznie gaśnie jednak zapał poszukiwań jakichkolwiek transcendentaliów. Dla wielu jest to już tylko martwe słowo. W pogoni za bożkiem sukcesu, w zalewie materializmu praktycznego, Najwyższa Rzeczywistość Duchowa przestaje dla współczesnego człowieka mieć jakikolwiek sens i znaczenie.


W zastraszającym tempie dokonuje się zawężanie zakresu pojęcia "człowiek". "Wskutek ciągłej redukcji zamienił się on z króla stworzenia w odmianę małp człekokształtnych, bez Edenu, bez Nieba i Piekła, bez dobra i zła ... ostatecznie może dojrzał już do redukcji całkowitej, czyli przekształcenia się w planetarne społeczeństwo dwunogich owadów ?” - tak pisał Miłosz o wizerunku człowieka, jaki wyzierał z lektur literatury drugiej połowy XX wieku. A przecież literatura jest odbiciem wnętrza epoki.

 

Prymas Belgii, kardynał G. Danneels powiedział, że ludzie uważają się za samowystarczalnych, bo mają wszystko, by się najeść, ubrać i mieszkać. Ale czy istnieje możliwość szczęścia bez wiary, bez jakiejś transcendentnej zasady w stosunku do wszystkiego, co jest nam znane? - pyta T. Merton. I mogłoby się wydawać, że współczesny człowiek odpowiada - Ależ tak ! Istnieje!

 

Tylko trzeba by się zastanowić, czy jest to jego suwerenna, szczera odpowiedź, czy tylko oddał swoje usta, swoje serce w niewolę ducha tego świata i nie ma już odwagi głośno się przyznać, że nie jego jest ten świat odarty z godności, że usycha na pustkowiu dobrobytu. A może jednak krzyczy, tylko jego głos ginie wśród wrzasków mącicieli uwznioślających wszelką marność.

 

Przecież, co jakiś czas "krotochwilne figury" zapewniają, że droga rozwoju człowieka wiedzie od magii, teologii, metafizyki do triumfu jednej empirycznej nauki. Donoszą, że opracowali zbawczą strategię poznawania i eksploatowania świata, która rozprawiła się raz na zawsze z sennymi konstrukcjami konającej teologii - typu "dusza" czy " Bóg". A to przecież –tak naprawdę- kona człowiek i jego człowieczeństwo, a nie teologia czy Bóg!

 

ERITIS SICUT DII - sami sobie będziecie bogami, jeśli tylko dostosujecie się do naszych rad. Tak kusił szatan (wąż) w raju i tak kuszą przebiegle, „węże” współczesności.

 

"Człowiek jest pytaniem, w którym pyta on o siebie samego, być człowiekiem oznacza pytać o swoje własne bycie i żyć pod wpływem dawanych odpowiedzi " - mówił P. Tillich. Ale dzisiaj człowiek przesunął akcenty egzystencjalne. Przestaje pytać o swoje "bycie". Koncentruje wątłe moce wewnętrzne na jakichś demonicznych zabiegach wplątywania się w masy materii. Z homo creator człowiek przepoczwarza się w się w homo accumulator (termin zaproponowany przez O. Napiórkowskiego podczas ostatniego Kongresu Teologicznego w Lublinie). Uczynił się z siebie osobnika obezwładnionego natręctwem zakupów. Urzeka go powierzchowna wirtuozeria rzeczy, stale doskonalący się świat techniki, magia posiadania, czar bezsensownych reklam.

 

Któryś z myślicieli "odkrył", że CYWILIZACJI ZAWSZE GROZI ROZKŁAD, GDY NIE DOSTARCZA JEJ WIĘZI JEDYNA PRAWDA. Kusi, żeby powiedzieć, iż współcześnie Prawda - to najbardziej deficytowa wartość. Trzeba jednak mieć świadomość, że takie odczucia mieli zawsze ludzie nastawieni na wartości inne niż promuje duch świata. Nie ulega natomiast wątpliwości, że Prawda pierwsza pada ofiarą każdego konfliktu. Dziś nawet nie istnieje bolesne napięcie między postawą "być" i "mieć", które jeszcze kilkadziesiąt lat temu dręczyło sumienie człowieka instynktownie odczuwającego, że sprzeniewierza się swemu najważniejszemu zadaniu, gdy zaniedbuje pracę nad sobą.

 

Św. Bonawentura pisał w "Itinerarium", że każdy człowiek - bez względu na to kim i czym jest – jest powołany jest do życia wewnętrznego, do modlitwy mistycznej i do przekazywania owoców swej kontemplacji. Współczesny człowiek -jednak- w najlepszym wypadku chce dzielić się jedynie owocami swej eksploatacyjnej działalności. Tylko że dobra materialne nie mają władzy zbliżania ludzi do siebie. "Technika pokonała wszystkie odległości, ale nie wytworzyła żadnej bliskości" - ubolewał M. Heidegger. Technika nie uwrażliwia na potrzeby drugiego człowieka, niszczy resztki empatii.

 

K. Boulding, jeden z ekspertów Klubu Rzymskiego opracowującego raporty o stanie świata, napisał w książce "Ponad ekonomią", że "na tych, którzy zawładnęli wiedzą, ciąży szczególna odpowiedzialność i oni muszą być wrażliwi na zło tego świata, gdyż w przeciwnym razie siłą napędową zdarzeń staną się ignoranci, a wartość wiedzy ulegnie zatracie". Eksperci Klubu Rzymskiego już w latach siedemdziesiątych XX wieku ostrzegali, że świat pędzi ku zagładzie, że zachowuje się nieroztropnie nawet z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Zapożycza się u przyszłych pokoleń. Dowodzili, że wiele potrzeb ludzkich da się zaspokoić bez wielkich technologii, a jedynie przy inaczej zorganizowanym procesie produkcji. Wreszcie, że istnieją też wartości pozaekonomiczne, które składają się na pojęcie postępu cywilizacyjnego, a które przyczyniają się do rozwoju człowieka.

 

Jak widać nie przebili się ze swoimi ostrzeżeniami przez gąszcz nachalnej propagandy doraźnego, egoistycznego sukcesu. I oto na naszych oczach dokonuje się zatrważająca ekspansja martwego samolubnego racjonalizmu tego świata.

 

"Głupotę nazywa się mądrością, sezonowe cwaniactwo - autorytetem,  chamski tupet - wrażliwością, a korupcję - misją" (z „Laski Oremusa” Krzysztofa Nazara).

 

Cywilizacja, która rozwija się i opiera na fałszu, czyli na pustce, nie ma szans na przetrwanie. W "Ziemi Ulro" Czesław Miłosz przestrzega, że "kultura tworzona poza fundamentem spójnej i całościowej wizji metafizycznej czyli oderwana od sacrum, choćby i rozwijana była w jak najlepszych intencjach i z jak największym talentem, rośnie na piaskach i skazana jest na uwiąd i zgon ". A śmierć kultury, to śmierć człowieka.

 

Człowiek nie wyrządza "krzywdy" Bogu, gdy się Go wyrzeka. "Unieważniając" Boga, krzywdzi sam Siebie. Zdają sobie z tego sprawę ludzie uczciwie myślący, rzetelnie poszukujący ostatecznego celu, nawet, jeśli sami mają kłopoty z wiarą.

 

Wszystkie zabiegi egzystencjalne nie docierające tęsknotą do Boga, okazują się chybioną koncepcją urzeczywistniania. Stają się diabelskim dziełem samo-zatraty. Pisał L. Kołakowski, że ułudą jest promowany przez filozofów (takich jak F. Nietzsche czy J. P. Sartre) pomysł, iż człowiek może całkowicie ze wszystkiego się wyzwolić, że każdy sens można zadekretować wedle własnej woli i kaprysu. Chimera ta nie stwarza przed człowiekiem żadnej perspektywy boskiego stwarzania, tylko zawiesza go w ciemności. Być całkowicie wyzwolonym od wszelkiego sensu, to znaczy zawisnąć w próżni, czyli zwyczajnie pęknąć. I to wydaje się być coraz bardziej widoczne we współczesnym świecie, gdzie zatracił się sens i znaczenie, gdzie wyzwolenie jako takie stało się idolem.

 

ŻADNE EMPIRYCZNE POSZUKIWANIA NIE MOGĄ WYPRODUKOWAĆ SENSU, BO POCHODZI ON OD SACRUM - powiada cytowany już L. Kołakowski. Czasy nasze dopuszczają jednak do głosu innych proroków. Znaczna część ludzi odpowiedzialnych za poszukiwanie Prawdy, Dobra i Piękna dopuściła się zdrady. Oddała się bałwochwalczemu kultowi Mamony. Wrażliwym duszom wydaje się, iż świat się zamienia w złowieszczą ucztę Baltazara. Z tym, że jej biesiadnicy- całe zastępy beztroskich homo fesitvus- ludzi rozrywki, oddanych zwulgaryzowanej ekspresji życia, krótkowzrocznej żarłocznej samorealizacji, nie dostrzegają, że tajemnicza ręka cierpliwie wypisuje na ścianach ich "świątyń" ociekających krzywdą i grzechem – mene, mene, tekel ufarsin (Dn 5:25-28) policzono cię i zważono ... i okazałeś się zbyt lekki, a twoje królestwo się rozlatuje !!!!

 

"Życie to nie maraton, dobiegną wszyscy ", skonstatował na jakimś dowcipnym obrazku rysownik J. Kapusta.

 ... tylko na jakiej mecie wydam ostatnie tchnienie?

 

Jolanta Lesiuk

silence78@wp.pl

www.katolik.alleluja.pl